Po przystąpieniu Kirgistanu do unii celnej możliwa staje się trzecia rewolucja. Dlaczego rynkowi handlarze wyjdą na barykady?
Duszna noc z 7 na 8 sierpnia 2010 roku. Biszkek. Rozgorączkowany tłum dewastuje sklepy w centrum kirgiskiej stolicy, ale obłowić się nie ma szczególnie czym – handlarze, nauczeni gorzkim doświadczeniem pierwszej rewolucji w 2005 roku, zdążyli wywieźć towar. Szabrownicy podpalają więc budynek Prokuratury Generalnej i jednej z rejonowych inspekcji podatkowych.
Kilka godzin wcześniej setki młodych ludzi, uzbrojonych w łańcuchy, fragmenty sprzętów domowych, czy po prostu w kije, zaczęło gromadzić się przed głównym wejściem na bazar „Dordoj” na obrzeżach Biszkeku. Pozostałe wejścia administracja i kupcy przezornie zabarykadowali kontenerami z towarem. Ochrona bazaru z automatami i miejscowi przedsiębiorcy z myśliwską bronią posępnie obserwowali rozgrzewających się rabusiów i gdy tylko ci ruszyli w kierunku bazaru, demonstracyjnie zaszczękali zamkami karabinów. Tłum cofnął się.
Do żądnych szybkiego zysku młodych Kirgizów nie śpiesząc się wyszedł krępy mężczyzna w średnim wieku odziany w garnitur. Swoje kroki skierował prosto w stronę prowodyrów, krzyczących głośniej niż reszta. Zarządca bazaru Amanbaj Kajipow (a był to właśnie on) nie wchodził w negocjacje. „Setki uzbrojonych kupców nie oddadzą Wam niczego – uciął Kajipow – Strzałów ostrzegawczych nie będzie, idźcie sobie do miasta i tam demolujcie sklepy”. Plac przed wejściem na „Dordoj” powoli zaczął pustoszeć, po pół godzinie nie było już tam nikogo.
„Dordoj” to nie tylko wielki jarmark, to największy bazar w Azji Centralnej, rozciągający się na przestrzeni 100 ha (dla porównania: moskiewski bazar „Czerkizowskij” zajmował 66 ha). Wzdłuż ulic tego „miasta” na dwóch poziomach rozstawionych jest 10 000 kontenerów, górny rząd jest przeznaczony na magazyny, na dole znajdują się sklepy. Ponad 40 000 punktów handlowych pracuje 364 dni w roku, jedyny dzień wolny to 1 stycznia.
Ożywiony handel zaczyna się już o 6 rano. Między kontenerami snują się dostawcy towaru z ogromnymi taczkami, spóźnieni handlarze przygotowują zewnętrzne i wewnętrzne witryny, bardziej roztropni już prowadzą negocjacje z hurtownikami. Handel kończy się po południu, bliżej wieczora wszystkie kontenery są już zamknięte. Według raportu Banku Światowego „Bazary i integracja handlu w Azji Centralnej”, w 2009 roku obrót towarów na bazarze „Dordoj” osiągnął wartość 4 mld dolarów (danych za 2010 rok nie ma). Do kryzysu w 2008 roku, według ocen, ta suma miała wynosić prawie 7 mld dolarów.
Prawie wszystkie towary (ponad 90%) są chińskie. Tysiące kirgiskich przewoźników (czełnoków) kupuje w Chinach i zapełnia „Dordoj” tanią odzieżą, obuwiem i elektroniką. Po już wysortowane partie towaru przyjeżdżają na biszkecki rynek handlarze z północy – z Kazachstanu i Rosji. Na granicy nie mają poważniejszych problemów – towar o ciężarze do 50 kg i o wartości nie przewyższającej 1000 dolarów nie podlega opłatom celnym. Mali przedsiębiorcy wożą towar samodzielnie, hurtownicy przekazują rozbitą po 50 kg partię towaru wyspecjalizowanym firmom przewozowym, które dostarczają towar na wyznaczone miejsce, dokonując formalności na rosyjskiej lub kazachskiej granicy.
Dookoła rynku czekają na klientów setki taksówek, od dworca autobusowego jeździ tu 250 autobusów. Wielu taksówkarzy pracuje według systemu „all inclusive” – biorą pieniądze i za przewóz, i za przejazd przez kazachską granicę. „Wszędzie są swoi – uśmiecha się jeden z nich. – Możemy i w ogóle bez granicy, przez rzeczkę”. Oficjalnie celnicy i pogranicznicy nie mają powodów, by zatrzymywać kupców na granicy, ale kontrola celna może rozciągnąć się na kilka godzin. Taksówkarze pomogą zaoszczędzić czas i nerwy.
Wewnątrz „Dordoja” system władzy jest dużo bardziej stabilny niż w Kirgistanie, choćby dlatego, że nie dochodzi tu do rewolucji. Najwyższy władca – honorowy prezydent Stowarzyszenia „Dordoj” Askar Sałymbekow, jest też głównym właścicielem bazaru. Szef wyznacza lokalnych „gubernatorów” – generalnych dyrektorów pododdziałów, zarządzających różnymi częściami „Dordoja”. Los „gubernatora” w dużej mierze zależy od „mieszkańców”, którzy donoszą prezydentowi o swoim niezadowoleniu poprzez wybieranych przez handlarzy starszych rzędów i związek zawodowy „Dordoja”. Porządku na rynku strzeże znajdujący się tu posterunek milicji i prywatna firma ochroniarska z 500 uzbrojonymi ochroniarzami. Obcych, np. przejezdnych milicjantów lub niemających związku z rynkiem poborców podatkowych, próbujących „utrudniać biznes”, z terenu tu się wyrzuca. Miejscowi ochroniarze i aktywiści z grona handlarzy odławiają złodziejaszków i gaszą handlowe konflikty.
Biuro Sałymbekowa znajduje się w centrum Biszkeku, pół godziny jazdy od rynku, w wielopiętrowym handlowo-biurowym centrum „Dordoj-plaza”. W czasie obiadu w bufecie z narodową kuchnią na pierwszym piętrze są prowadzone męskie, nieśpieszne rozmowy, np. o nadchodzącym meczu klubu piłkarskiego „Dordoj-Dynamo”, wielokrotnego mistrza kraju. Sałymbekow – wielki fan sportu, lubi piłkę nożną, siatkówkę i biegi narciarskie. Jeden z tematów, omawianych przy stole – jak znaleźć w Biszkeku tłumacza z portugalskiego dla przybyłych z Brazylii trenerów „Dordoj-Dynamo”. Jak się okazało, żaden z dwóch zaproszonych specjalistów nie zna angielskiego.
Pięćdziesięciopięcioletni założyciel „Dordoja” jest jednym z najbogatszych przedsiębiorców w Azji Centralnej, należy do niego nie tylko bazar i klub piłkarski. Stowarzyszenie „Dordoj” posiada fabrykę mebli, zakłady produkujące opakowania i plastikowe okna, firmę prowadzącą rozpoznanie i eksploatację pokładów dolomitowych marmurów, przedsiębiorstwo budowlano-montażowe, kilka hoteli, pensjonat, osiedle domków jednorodzinnych na wyspie na jeziorze Issyk-Kul oraz inne aktywa.
O finansowych wskaźnikach swojego biznesu Sałymbekow nie chce się szerzej opowiadać, z trudem wydusza z siebie jedną cyfrę – 70 proc. utargu przynosi mu bazar „Dordoj”. Sam woli zajmować się kwestiami organizacyjnymi – wynajmem ogromnej ilości punktów handlowych, zapewnieniem bezpieczeństwa i porządku, itd. Przybliżone wyobrażenie o rozmiarze majątku Sałymbekowa daje ocena Banku Światowego: każdego roku handlarze płacą za wynajem na bazarze „Dordoj” 540 mln dolarów. Dla porównania: dochód właścicieli z wynajmu drugiego pod względem wielkości w Azji Centralnej bazaru „Barahołka” w Ałma-Acie jest o cały rząd wielkości mniejszy i wynosi 66 mln dolarów.
W czasach radzieckich Sałymbekow szybko wspinał się po szczeblach kariery komsomolskiego robotnika i zakończył ją w 1986 roku na stanowisku zarządcy oddziału KC LKZM (Leninowskiego Komunistycznego Związku Młodzieży) Kirgiskiej SRR. Później przewodniczył komitetowi sportu miasta stołecznego, jako członek oficjalnych delegacji dużo jeździł za granicę, z ciekawości zwracając uwagę na przedsięwzięcia handlowe. Ogromne wrażenie na przyszłym miliarderze wywarł bazar w Paryżu, właśnie tam przyszedł mu do głowy pomysł otworzenia cywilizowanego targowiska w Kirgistanie.
„Na początku lat 90, w ramach walki ze spekulantami w Biszkeku akurat rozpędzono wszystkie prowizoryczne targi i ludzie handlowali tam, gdzie tylko mogli, - opowiada Sałymbekow. – Zaproponowałem miejskiemu komitetowi wykonawczemu uporządkowanie handlu, co ostatecznie mi się udało”. Pod przyszły bazar wyznaczono miejsce za miastem, obok cmentarza. „Dordoj” zaczął się od 5 ha ziemi, kilku rzędów na szybko zbitych straganów i 300 handlarzy, którzy przystąpili do pracy już pierwszego dnia.
Wraz z rozwojem „Dordoj” przyciągał nowe przedsięwzięcia – organizowanie handlowych wyjazdów do Chin, pomoc prawna, ochrona i dostawa towarów. Jednak, po 2001 roku Sałymbekow zrezygnował z załatwiania formalności celnych dla towarów i dostaw do Kazachstanu i Rosji. Mówi, że spedycyjny biznes stał się wysoce ryzykowny - towar może zostać zatrzymany, aresztowany, itd. Ponadto silne zainteresowanie przeładunkiem towarów przejawiają grupy przestępcze. Od tej pory tym biznesem zajmuje się firma „Biek-Cargo”, należąca do lidera opozycyjnej partii „Zamandasz”, Muhtarbeka Omurkanowa. W maju tego roku zginął on na Kubie – zakrztusił się trzymetrową falą, która nieoczekiwanie rozbiła się o brzeg.
Przez 20 lat tak łakomy kąsek jak „Dordoj”, generujący pieniądze okrągły rok przy każdej pogodzie, niejednokrotnie zwracał uwagę politycznych klanów Kirgistanu. „Próby wejścia do biznesu były podejmowane za czasów prezydentury Askara Akajewa i jego następcy Kurmanbeka Bakijewa”, - mówi Sałymbekow. Jednak, według niego, nigdy nie miał żadnych partnerów, reprezentujących lokalne elity: „Finansowaliśmy polityczne procesy i do tego ogranicza się współpraca z władzą”. Jednak, jak opowiadają przedsiębiorcy z „Dordoja” w czasie rządów obalonych prezydentów do członków ich rodzin i ich bliskich należały całe rzędy straganów.
Sam Sałymbekow już dawno stał się nie tylko świetnym biznesmenem, ale i skutecznym politykiem. Od 1999 do 2005 roku przewodniczył administracji obwodu naryńskiego, gdzie się urodził; w 2005 roku przez kilka miesięcy był p.o. mera Biszkeku, w tym samym roku został członkiem parlamentu Kirgistanu. Szybko zdobyty polityczny autorytet dał przedsiębiorcy możliwość odcięcia się od struktur kryminalnych, które próbowały stać się współwłaścicielem „Dordoja” lub chociażby zebrać z niego haracz.
Przez lata niepodległości Kirgistan przekształcił się w główną bazą przeładunkową chińskich towarów na trasie do Kazachstanu i Rosji. „Kirgistan stał się główną platformą reeksportu – pisze w swoich raportach Bank Światowy. – Kirgiscy handlowcy, jak widać, przewyższają konkurencyjnie swoich partnerów w innych państwach Azji Centralnej pod względem możliwości zakupu towarów ze źródeł po optymalnych cenach, a także wyznaczenia popytu na nie”.
Chodzi tu oczywiście nie tylko o przedsiębiorczość kirgiskich kupców. Po wejściu Kirgistanu do WTO w 1998 roku granica z sąsiadującymi Chinami otworzyła się – handel prowadzony jest bez ceł lub są one minimalne. Dalej chińskie artykuły przemysłowe i elektronika są dostarczane do Rosji. „Około 70 proc. towarów wyjeżdża tam, od Czelabińska do Krasnojarska, - mówi Sałymbekow. – To nasz teren, europejską część wcześniej zaopatrywał w towar bazar Czerkizowskij”.
Na granicy z Kazachstanem przewoźnicy muszą zapłacić za chiński towar cło w wysokości 0,6 euro za 1 kg, ale także i tę minimalną opłatę można obniżyć do zera. Przecież, jeśli towar jest pochodzenia kirgiskiego, to na teren WNP można go wwieźć bez opłat. Zamiana chińskiego towaru w kirgiski to sprawa techniczna, nierzadko tekstylia z Chin wwozi się do Kirgistanu bez jakichkolwiek znaków rozpoznawczych. „Metki dowolnego państwa i dowolnej firmy można kupić na bazarze i przyszyć je tutaj lub w Rosji”, - mówi właściciel kilku punktów handlowych na Dordoju Ibragim.
Według oficjalnych statystyk, w 2004 roku rosyjski urząd celny zarejestrował import 7 mln sztuk wyrobów odzieżowych z Kirgistanu, gdy w tym samym czasie w kirgiskich fabrykach zostało wyprodukowanych w sumie 2 mln sztuk. Do 2008 roku wwóz wyrobów odzieżowych z metką „Wyprodukowano w Kirgistanie” do Rosji wzrósł prawie sześciokrotnie, do 40 mln sztuk.
W okresie Związku Radzieckiego w Kirgiskiej SRR przemysł tekstylny i szwalniczy był bardzo rozwinięty, ale na początku lat 90 wszystkie przedsiębiorstwa tej gałęzi upadły. Po przystąpieniu państwa do WTO lekki przemysł zaczął się odradzać. Tajemnica tego jest bardzo prosta: chińskie tkaniny i części są wwożone bez ceł, a siła robocza w państwie jest tania. Kirgiskie szwaczki pracują na tanim chińskim sprzęcie, dlatego koszt wyrobów jest minimalny.
Przedsiębiorca Larisa Popkowa posiada na „Dordoju” dwa kontenery, gdzie sprzedawana jest odzież, wyprodukowana przez jej firmę szwalniczą „Larisa”. I wszystkie rozmowy o manipulacjach metkami silnie ją wzburzają. Firma „Larisa” działa już 17 lat i zajmuje się wyłącznie szyciem damskiej odzieży, która według właścicielki, cieszy się dobrą sprzedażą w Rosji. Szwalnicze zakłady znajdują się w niedawno wybudowanym budynku z ogromnymi oknami. Na trzech piętrach pracuje pięćdziesiąt szwaczek, a na czwartym projektanci pracują nad nowymi wzorami bluzek.
„Do każdego wyrobu wszywa się metkę Wyprodukowano w Kirgistanie, są dużo lepsze niż w Chinach i Turcji, a przy tym tańsze. – Popkowa pokazuje różnokolorowe bluzki jedna za drugą. – Wszystkie tkaniny są z Korei, bardzo dużo ręcznej roboty, haftów. Jaki sens miałoby mieć branie tanich chińskich towarów?”. Bluzki od „Larisy” na „Dordoju” kosztują od 5 do 17 dolarów, a w Rosji są sprzedawane kilka razy drożej. Popkowa pracuje w stosunkowo wysokim, jak na kirgiskie warunki, segmencie cenowym. W mieście jest dużo przedsiębiorstw, które szyją bluzki z chińskich tkanin nawet za 2 dolary.
Obecnie w szwalniczym przemyśle pracuje 430 przedsiębiorstw. Według nieoficjalnych danych, które przytacza w raporcie Federalna Agencja USA ds. międzynarodowego rozwoju (USAID, odpowiada za niewojskową pomoc USA dla innych państw), w Kirgistanie jest około 5000 szwalni, w których tylko w Biszkeku zatrudnionych jest ponad 300 000 ludzi – jedna trzecia mieszkańców miasta. Zawód szwaczki z płacą 200-500 dolarów miesięcznie w Kirgistanie to jedna z najwyżej opłacanych i pożądanych profesji. Przy tym szwaczki pracują do 18 godzin dziennie, włączając w to weekendy. Płaca jest na akord, stąd takie obciążenie. Larisa Papkowa pozwala także pracować w nocy: „Wczuwam się w sytuację, jeśli człowiek ma w dzień inne zajęcia, chociaż trzeba palić niepotrzebnie światło, żeby oświetlić pracownię/halę”.
Wróćmy do rewolucyjnych wydarzeń w Kirgistanie w kwietniu 2010 roku. Z powodu masowych zamieszek w Biszkeku i na południu kraju władze sąsiedniego Kazachstanu zamknęły granice. W ciągu dwóch miesięcy izolacji, według ocen zastępcy ministra ds. regulacji ekonomicznych Kirgistanu Adylbeka Kacymalijewa, kirgiski biznes poniósł straty na 360 mln dolarów. Są i bardziej pesymistyczne oceny. Prezydent Stowarzyszenia Rynków, Przedsiębiorstw Handlowych i Usługowych Kirgistanu Siergiej Ponomarew uważa, że straty wywołane zamkniętą granicą wynoszą 1 mld dolarów.
Po tym wydarzeniu obawiając się zamknięcia granic i wprowadzenia ceł na towary z państw-członków WTO, rząd Kirgistanu postanowił wstąpić do Unii celnej Rosji, Kazachstanu i Białorusi. Kazachstan po przystąpieniu do unii celnej Rosji i Białorusi wzmocnił zewnętrzne granice, po kazachskiej stronie granicznej rzeki Czu pojawiły się dwumetrowe zapory z kolczastymi drutami, wieżyczki strażnicze i pograniczne patrole.
„Analizowaliśmy plusy i minusy, w końcu postanowiliśmy, że unia celna daje więcej korzyści – tańsze będą wwożone z Rosji surowce, przede wszystkim ropa i produkty naftowe, a milion Kirgizów pracujących w Rosji i Kazachstanie otrzyma więcej praw”, - gęsto tłumaczy Kasymalijew w wywiadzie dla Forbes.
Co będzie z handlem i przemysłem szwalniczym? Przystąpienie Kirgistanu do unii celnej przyniesie za sobą 10% cło na wwóz tkanin i części z Chin. To obniży konkurencyjność kirgiskich zakładów szwalniczych, zarówno tych rzeczywiście produkujących szwalnicze wyroby, jak i tych tylko przerabiających chińskie towary w kirgiskie.
„Chcemy przystąpić do unii celnej, ale rzeczywiście boimy się wprowadzenia ceł”, - mówi właścicielka biznesu szwalniczego Popkowa. Kasymalijew uważa, że możliwości do zachowania i rozwoju kirgiskiego szwalniczego przemysłu zostaną zachowane i po przystąpieniu do unii celnej. „Kazachstan pozostawił bez zmian na trzy-cztery lata stawki dla czterystu importowanych towarów, - mówi urzędnik. – Też będziemy do tego dążyć, w pierwszej kolejności dla materiałów do przemysłu szwalniczego”.
O ile jest nadzieja na ocalenie przemysłu szwalniczego, to z handlem sytuacja jest dużo gorsza. W przypadku przystąpienia Kirgistanu do unii celnej Chiny wprowadzą cła na towary, które zakupują czełnocy. Biznes handlowy straci swoją atrakcyjność. „Dla handlu granica zamknie się w każdym przypadku: albo ze strony Kazachstanu, jeśli nie przystąpimy do unii celnej, albo ze strony Chin, jeśli przystąpimy” – mówi Kosymalijew.
A przecież właśnie handel bazarowy to główna siła napędowa kirgiskiej gospodarki. W raporcie Banku Światowego udział „Dordoja” w PKB Kirgistanu szacowany jest na „oszałamiające 33 proc.”. Pozycję lidera w gospodarce Kirgistanu zajmuje handel. Rynek „Dordoj” to jedno z podstawowych przedsięwzięć republiki, zaopatruje w towar cały Kazachstan i Syberię, - konstatuje rosyjski przedsiębiorca Michaił Nadel. On rozpoczął swój biznes w Kirgistanie w 1999 roku, kupiwszy lokalny AzijaUniversalBank. Bank przeżył „rewolucję tulipanów” w 2005 roku, ale w 2010 po kwietniowej rewolucji był znacjonalizowany z powodu związków z klanem prezydenta Bakijewa.
Wśród klientów AzijaUniversalBanku było wielu kupców. „Dordoj” to kolosalne możliwości kredytowania, średnio brali po 100 000 dolarów, niektórzy przedsiębiorcy pożyczali i po milion dolarów – wspomina Nadel. – To były wyjątkowe transakcje, całą ekonomikę dłużników trzeba było oceniać na podstawie ręcznych zapisów na karteczkach i w notesikach.
Dobrobytowi „Dordoja” zagraża jeszcze jedna okoliczność. 5 października 2009 roku, rok po oficjalnym zamknięciu bazaru Czerkizovskiego w Moskwie, jego były współwłaściciel Grupa „AST” Telmana Ismailowa uroczyście otworzyła 10 km od Ałma-Aty największy bazar Kazachstanu. Tysiące gości zabawiała radziecka gwiazda estrady Roza Rymbajewa, dziewczyny z moskiewskiej grupy „Fabrika” i lokalne znamienitości. Wśród widzów rozlosowywano telefony komórkowe, telewizory plazmowe, wycieczki do „najbardziej prestiżowego hotelu świata” „Mardan Palas”, należącego do Ismailowa. Przedstawiciele „AST” obiecali stworzyć dziesiątki tysięcy miejsc pracy, opowiadali o znajdujących się na rynku wygodnych parkingach, hotelu, aptece, punktach wymiany, restauracjach i terminalu celnym.
W tym projekcie Ismailow ma, jak mówią lokalni biznesmeni, wysoko postawionego partnera. Według kazachskiego przedsiębiorcy Jewgenija Obyskalowa, budującego rynek pod Ałma-Atę, jego współwłaścicielem jest jeden z najbardziej wpływowych i zamożnych ludzi Kazachstanu, towarzysz broni prezydenta Nursułtana Nazarbajewa - Aleksandr Maszkewicz (według szacunków Forbes jego majątek jest wart 3,7 mld dolarów). W odróżnieniu od Kirgistanu Kazachstan nie ma możliwości wwożenia towarów importowanych bez ceł: kraj dopiero przygotowuje się do wstąpienia do WTO w 2012 roku. Ale, sądząc po wszystkim, w Kazachstanie pełną parą toczy się walka o kontrolę nad zewnętrznymi, nielegalnymi źródłami handlu. Pod koniec kwietnia 2010 roku został aresztowany naczelnik punktu celnego na granicy z Chinami „Horgos” i zastępca naczelnika Komitetu Narodowego Bezpieczeństwa obwodu akmolińskiego, wydano nakazy aresztowania dla 14 innych osób, uczestniczących w kontrabandzie chińskich towarów do Kazachstanu. Później policja finansowa ujawniła, że w kontrabandzie brało udział ponad 100 osób. Na początku maja został zdymisjonowany przewodniczący Komitetu Kontroli Celnej.
Ismailow tworzy poważną konkurencję dla „Dordoja”. Wielu przedsiębiorców już przenosi się z Kirgistanu na bazar „AST” pod Ałma-Aty, mówi Ponomarew ze Stowarzyszenia Rynków, Przedsiębiorstw Handlowych i Usługowych Kirgistanu. Co myśli Sałymbekow o przyszłości swojego biznesu? „Ja bez bazaru już przeżyję, ale ludzi szkoda, - mówi założyciel „Dordoja”. Nie ma co się spieszyć do unii celnej, lepiej pomyśleć, dokąd iść, jak się integrować, żeby przemiany były dla ludzi i przedsiębiorców mniej bolesne”. Prognoza Sałymbekowa to: z dzisiejszych 100 ha „Dordoj” może się zmniejszyć do 5, od których wszystko się zaczęło. Sam prowadzi już rozmowy handlowe z właścicielami moskiewskich rynków „Sadowod” i „Ljublino” o wspólnym biznesie.
„Dordoj” prawie bez strat przeżył obie kirgiskie rewolucje, ale czy przeżyje trzecią, jeśli zaczną ją sami kupcy. W operacje handlowe wciągnięta jest najbardziej przedsiębiorcza część społeczeństwa – kirgiska klasa średnia. W „Dordoju” zatrudnionych jest 55 000 ludzi, a w sumie, według ocen specjalistów, w handlu i sektorach z nim powiązanych pracuje do 800 000 ludzi – jedna czwarta mieszkańców Kirgistanu. Obecnie panuje tu przygnębienie, coraz można usłyszeć zdanie „Jak coś, to też wyjdziemy na ulice”. Najlepiej sytuowana i stabilna część społeczeństwa Biszkeku jest już gotowa przeistoczyć się w rewolucyjną masę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz