piątek, 4 listopada 2011

Narkotyki raz jeszcze

Dzięki Mariuszowi mamy kolejny artykuł po polsku.


W zeszłym tygodniu przewodniczący Służb Federalnych ds. Obrotu Narkotykami Federacji Rosyjskiej Wiktor Iwanon odbył podróż do Kabulu, gdzie odbywała się rosyjska, pakistańska i tadżycka regionalna konferencja antynarkotykowa. Razem z Iwanowem w konferencji brali udział dziennikarze, m.in. korespondent gazety „Wlast” Maksim Warydwin, który po raz ostatni podróż do Kabulu odbył 24 lata temu, w czasie, kiedy odbywał służbę wojskową.

Wersja Vipowska samolotu TU 154 z napisem Siły Zbroje Federacji Rosyjskiej na kadłubie wylądował na międzynarodowym lotnisku w Kabulu. Wzdłuż pasu startowego, na którym w latach ’80 XX wieku stały opatrzona gwiazdami Mi-8 i Mi-24stojały teraz szare Apache i Herculesy. Zamiast błyszczących na słońcu dachów wykonanych z identycznego metalu sowieckich hangarów – brązowe, po kolor rozciągających się nieopodal gór, amerykańskie hangary. Rzędy baterii słonecznych za drutem kolczastym. Portrety współczesnych bohaterów Afganistanu – Hamida Kazraja i Ahmada Szaha Masuda.
W 1985 roku, kiedy nas, poborowych z ośrodka szkoleniowego w okolicach Aszchabadu, „przeganiano do hangaru przerzutowego, żeby kolejnego dnia wysłać nas w dalszą podróż do afgańskich garnizonów, w okolicy strzelały działa, a nocne niebo rozświetlały wybuchy. Tym razem było wyjątkowo cicho, a uzbrojeni byli tylko spotykający nas pracownicy rosyjskiej ambasady. Zdradzała ich broń maszynowa Kałasznikow, pistolety i kamizelki kuloodporne, z jakiegoś powodu założone pod koszulki. „Staramy się nie wyjeżdżać z Kabulu, bo nie jest bezpiecznie – powiedział ktoś pracujący w ambasadzie – Panu również tego nie radzimy”.
Drugą oznaką tego, że przyjechaliśmy do kraju, w którym wojna właściwie się nie skończyła, były już przy wyjeździe z lotniska: betonowe bloki autobus okrążał ślimakami, kilka szlabanów, blokujących przejazd automatycznie podnoszono w momencie, kiedy nasz kierowca powiedział, że wiezie Rosjan. „Witajcie! – wyjątkowo nienagannym rosyjskim przywitał się jeden z miejscowych wojskowych.
Nasz kierowca, były pilot helikoptera afgańskich wojennych sił powietrznych, który w 1990 roku uciekł Talibom do Rosji, dorabiający w Moskwie jako taksówkarz, żeby wykarmić liczną rodzinę, wróciwszy do ojczyzny, opowiadał, że w Kabulu, w ostatnim czasie jest w miarę spokojnie. Raz, może dwa razy w miesiącu wysadzają się zamachowcy-samobójcy, duchy (tak się wyraził – „duchy”, dowiedziawszy się, że służyłem tutaj w latach ’80) włamują się do hoteli z obcokrajowcami, czasami biorąc zakładników. „Jednak z Rosjanami „duchy” odchodzą się wyjątkowo dobrze, dlatego, że wcześniej było lepiej, niż teraz, kiedy są uzależnieni od Amerykanów” – dodał.
W tym czasie mikrobus mknął wzdłuż glinianych i kamiennych płotów z drutem kolczastym na górze, a przy każdym z wejść były punkty kontrolne, z trudem przeciskał się przez korki, w których stali wszelkie możliwe marki samochodów terenowych z automatyczną skrzynią biegów pracowników miejscowych służb siłowych i zniszczone samochody zwykłych mieszkańców Kabulu. W czasach Związku Radzieckiego obecności wojsk sowieckich prawie się nie odczuwało. Wojsk kabulskich właściwie tez nie było.
Pięciogwiazdkowy hotel Sorena, w którym zameldowano przybyłe na rozmowy do Kabulu delegacje Służb Federalnych Federacji Rosyjskiej i dziennikarzy, według słów przewodniczącego Biura Antynarkotykowego Wiktora Iwanowa, uważany jest za najlepszy w mieście. A do tego najbardziej bezpieczny. Po tym jak trzy lata temu hotel zaatakowali Talibowie, hotel został odgrodzony metalowym płotem stawiając wokół niego kilka punktów kontrolnych. Ochrona, pracownicy miejscowych firm ochroniarskich, lub, jak powiedział Wiktor Iwanow niepaństwowych grup zbrojnych kontrolują nawet własne samochody transportowe przy pomocy sprzętu wykrywającego materiały wybuchowe i psów przeszkolonych do wykrywania takich materiałów. „To dla waszego bezpieczeństwa” – mówi, posługując się dość łamaną angielszczyzną pracownik niepaństwowych oddziałów zbrojnych, przeprowadzający kontrolę.
Na razie kolejny Afgańczyk (bacza) z automatem na ramieniu przeszukuje mój plecak i kieszenie, wspominając wyjazd do Kabulu z 1986 roku. Automat i mundur był wtedy przepustką praktycznie do wszystkiego, a do mojego „desantowego plecaka” nikt by zaglądał. Na pewno, tak właśnie odbierają tutaj siebie amerykanie, jeżdżący po Kabulu w nieoznakowanych opancerzonych jeepach, których miejscowe wojska nie mają prawa kontrolować. Jednak dzięki temu to Amerykanie czują się tutaj bezpieczniej niż mieszkańcy Kabulu. W 1986 roku razem z oficerem politycznym spokojnie spacerowaliśmy ulicami wieczornego Kabulu, obecnie obcokrajowca idącego pieszo, tym bardziej pochodzącego z krajów „okupujących” Kabul na pewno nie spotkasz. Nawet przy obiektach kontyngentów wojskowych wartę sprawują obcy żołnierze, przykładowo filipińscy, czy też bojownicy z niepaństwowych oddziałów zbrojnych, które podpisały umowy ze swoimi Ministrami Obrony Narodowej.
Konferencja, na której z wykładem o niebezpieczeństwie płynącym od narkotyków występują przewodniczący Biur Antynarkotykowych Rosji, Afganistanu, Pakistanu i Tadżykistanu, została otwarta w poniedziałek. Do jej rozpoczęcia wieczorem, wspólnie ze znajomymi dziennikarzami postanowiliśmy spędzić ten dzień na mieście. Tym bardziej, że jest co świętować, przykładowo, mój powrót do Afganistanu. W hotelu powiedziano nam, że whisky, wódkę czy też piwo można kupić w supermarketach, jednak oficjalnie tutaj nimi nikt nie handluje, ponieważ Afganistan, jest republiką islamską, w której sprzedaż alkoholu jest zakazana: za sprzedaż napojów alkoholowych grozi tutaj więzienie, a za picie – chłosta.
Do najbliższego supermarketu, który oświetlają jasne neony można dostać się tylko przez stalowe drzwi z otworem strzelniczym. Ochrona – bojownicy niepaństwowych oddziałów zbrojnych – wymagają paszportu, grzebią w torbach i „przeganiają” przez bramkę na wykrywacz metali, a wszystko to tylko dla bezalkoholowego piwa, skondensowanego mleka, oleju roślinnego czy innych bzdur, i w dodatku skradzionych z pomocy humanitarnej. W sowieckim Kabulu ze spirytusem nie było jakichkolwiek problemów. Żołnierze uporczywie prosili o jakikolwiek, chociażby niskoprocentowy alkohol, a „dukany” – nieduże, miejscowe sklepiki – jawnie sprzedawały alkohol.
W jedynym europejskiej restauracji, którą pomimo przeszkód udało nam się znaleźć, 50g whisky sprzedają za 9$. A mimo tego, jak wyjaśniła nam kelnerka, która, a propos, przyjechała z Biszkeku, za handel alkoholem została aresztowana i razem z koleżanką spędziła w kabulskim więzieniu kilka dni, do momentu, kiedy właściciel restauracji nie wpłacił za nie kaucji. Potem, zapoznawszy się trochę z miastem, dowiedzieliśmy się, że alkohol można kupić w sklepikach na ulicy Cwetnej, nazwanej tak gdyż handluje się tam oprócz alkoholi także kwiatami. Właściciel punktu, niewielkiego sklepu spożywczego dostał za worki mąki kilka butelek przemyconego piwa za 5$. Zgodnie z jego słowami, wino już „wyszło”, a wódki i whisky już dawno nie było.
Na konferencji Wiktor Iwanow powie, że Afganistan jest jednym z największych na świecie miast produkujących i eksportujących heroinę i inne narkotyki. W szarą strefę, jak się okaże, wpisują się nawet żołnierze i urzędnicy, którzy na wszelki wypadek, nie przeszkadzają w rozwoju handlu narkotykami, a międzynarodowe kontyngenty stabilizacyjne, rozmieszczone w Afganistanie, całkowicie starają się omijać pola maku i laboratoria narkotykowe bokiem, gdyż mają „inne zajęcia”. Duża liczba narkomanów notowana jest w Służbach Federalnych Federacji Rosyjskiej, jak również wśród samych agentów.
Dziennikarzom telewizyjnym przykładowo organizowano wyjazdy w okolice miejscowego mostu, gdzie koczują narkomani i walają się strzykawki. Taki obraz, właściwie, mogę obserwować nawet w okolicy mojego domu, w Mytiszczach – przejście podziemnie pod obwodnicą Moskwy już od dłuższego czasu jest ulubionym miejscem narkomanów, bezdomnych i pijaków.
Ponieważ nas piszących na wycieczkę nie zabrano samodzielnie wyszliśmy pochodzić po mieście i spróbować kupić coś z miękkich narkotyków od miejscowych Afgańczyków. Jednak wyjątkowo twórczy eksperyment się nie udał. Pytający o haszysz przyjezdni nie znajdują zrozumienia wśród miejscowej ludności – proponowano nam tylko zakup fajek wodny z nieszkodliwym jabłkowym lub wiśniowym tytoniem. W latach 80 XIX wieku, nie u każdego sowieckiego żołnierza można było znaleźć jakieś halucynogeny, a nawet nie u każdego Afgańczyka w przeciwieństwie do czasów współczesnych. Jednak wtedy Afganistan pod tym względem nie wydawał się na tyle niebezpieczny dla ZSRR, co obecnie dla FR. Za czasów, kiedy w Afganistanie rządzili Talibowie, jak opowiadał mi sam Wiktor Iwanow, narkotyki z Afganistanu praktycznie wyparowały. Produkcją narkotyków zajmował się tylko Sojusz Północny, który następnie wsparł cały świat, kiedy zdecydował się rozpocząć walkę z terroryzmem pochodzącym z Afganistanu. W rezultacie, jeśli wierzyć statystykom Służb Federalnych Federacji Rosyjskiej, nie pokonano terroryzmu, a nawet „wzbogacono się” o nową przeszkodę, mianowicie, zorganizowany na ogromną skalę przemyt narkotyków do Rosji i do państw Unii Europejskiej.
Po konferencji, na której Biura Antynarkotykowe czterech państw porozumieli się w sprawie prowadzenia wspólnej walki ze zorganizowanym przemytem narkotykowym, postanowiono monitorować przepływ narkotyków, a następnie zamknąć miasto dla obcokrajowców. Cudzoziemców uprasza się o przebywanie w hotelach, a najlepiej – przeprowadzić się do ambasad, które są chronione lepiej niż hotele. Trwoga, która opanowała Kabul, jak się z czasem okazało, była spowodowana tym, że na przedmieściach znaleziono zwłoki Amerykanina, który zatrudniony był przez Ministerstwo Obrony USA. Mężczyzna zaginął kilka dni wcześniej, po tym jak wyjechał do miasta załatwiać prywatne sprawy, i właśnie został znaleziony.
Rosjan z Serenu wypuszczono bez problemu. Wszelkie przedsięwzięcia związana z przeciwdziałaniem terroryzmowi ograniczało się do tego, że na jeppach wszelkich możliwych służb ochrony cywilów zaczęto montować karabiny maszynowe. Wyjątkowo dużo takich jeepów-taczanek (taczanka - dwuosiowy pojazd konny, uzbrojony w ciężki karabin maszynowy – przyp. autora) spotkaliśmy na drodze do pałacu Amina, zajętego przez rosyjskie oddziały SPECNAZU jeszcze 1979 roku. Gruzy pałacu pozostają nietknięte już od 30 lat. Wokół ciągle można znaleźć zardzewiałe gilzy sowieckich pocisków 5,45 mm, które są pozostałością ataków. Dotarcie do ruin utrudnia drut kolczasty i miejscowi wojskowi – niedaleko pałacu, na pagórku wielki punkt kontrolny, z którego można kontrolować przebiegającą niedaleko drogę. A droga ta prowadzi do drugiego ważnego miejsca w Kabulu – byłego sztabu 40 pułku wojsk radzieckich, który został zniszczony już, jak może się wydawać, przez Talibów, którzy przejęli kontrolę nad miastem.
Niedaleko sztabu znajduje się muzułmański cmentarz. Naprzeciwko – dwie bazy. Amerykańskich i afgańskich wojsk. Przejście do nich zagrodzone jest punktem kontrolnym. Brodaty Afgańczyk w kasku obsługujący pistolet maszynowy, zorientowawszy się, że przyjechali Rosjanie przez radio wzywa dowódcę w zielonym berecie. Ten, usłyszawszy, że odbyłem półtoraroczną służbę w wojsku stacjonującym w Asadabadzie, najwidoczniej powiedział przełożonemu, że przyjechali „swoi”. Zresztą, nikt nas nie przeszukuje, a żołnierze, z przyjemnością zaczynają pozować fotografikom, co jest praktycznie niemożliwe w innych wojskowych garnizonach w Kabulu.
Jeden z żołnierzy oddaje nam nawet swój pistolet, a my, ledwo co rozumiejąc się nawzajem, staramy się rozstrzygnąć, czemu rosyjski Kałasznikow jest lepszy od amerykańskich karabinów maszynowych. Amerykański żołnierz, który właśnie w tym momencie podjechał do punktu kontrolnego, tylko palcem gładził celownik, postawieni są przecież w stan gotowości, w związku z możliwością zamachu terrorystycznego …
Lotnisko Kabulu. Blokada, punkt kontrolny, pomnik ku pamięci żołnierza, który zestrzelił MIGa, który pochodzi, o ile się ni mylę, jeszcze z czasów sowieckich. Na parkingu zamyśleni Amerykanie w kamizelkach kuloodpornych, wysiadłszy z jeepa szukają śmietnika, żeby wyrzucić opakowanie po papierosach, pomimo iż pod nogami jest pełno śmieci. W moim kierunku maszeruje starszy afgański żołnierz w paczką w rękach. Częstuje mnie orzechami.
- Rosjanin.
- Tak, dokładnie.
- „Tutejszy?”
- Już drugi raz. Pierwszym razem służyłem tutaj w 1980r.
- Co słychać, bracie!?
- Świetnie!
- Nie tak, powinieneś odpowiedzieć inaczej.
I wyraźnie, sylabizując wypowiedział słowo, które mogą przekazać, jako „dorobiłem się”.
Poważnie, wszystko skończyło się dobrze, podobnie jak 24 lata temu. Biura antynarkotykowe podpisały porozumienie, a my, dziennikarze, na pokładzie samolotu zwrócono nam kupione w Kabulu noże, sztylety, zapalniczki. „Szanowni państwo proszę odbierać swoją broń” – powiedziała wszedłszy do salonu stewardessa, która na tacy trzymała skonfiskowane nam wcześniej rzeczy.