piątek, 4 listopada 2011

Narkotyki raz jeszcze

Dzięki Mariuszowi mamy kolejny artykuł po polsku.


W zeszłym tygodniu przewodniczący Służb Federalnych ds. Obrotu Narkotykami Federacji Rosyjskiej Wiktor Iwanon odbył podróż do Kabulu, gdzie odbywała się rosyjska, pakistańska i tadżycka regionalna konferencja antynarkotykowa. Razem z Iwanowem w konferencji brali udział dziennikarze, m.in. korespondent gazety „Wlast” Maksim Warydwin, który po raz ostatni podróż do Kabulu odbył 24 lata temu, w czasie, kiedy odbywał służbę wojskową.

Wersja Vipowska samolotu TU 154 z napisem Siły Zbroje Federacji Rosyjskiej na kadłubie wylądował na międzynarodowym lotnisku w Kabulu. Wzdłuż pasu startowego, na którym w latach ’80 XX wieku stały opatrzona gwiazdami Mi-8 i Mi-24stojały teraz szare Apache i Herculesy. Zamiast błyszczących na słońcu dachów wykonanych z identycznego metalu sowieckich hangarów – brązowe, po kolor rozciągających się nieopodal gór, amerykańskie hangary. Rzędy baterii słonecznych za drutem kolczastym. Portrety współczesnych bohaterów Afganistanu – Hamida Kazraja i Ahmada Szaha Masuda.
W 1985 roku, kiedy nas, poborowych z ośrodka szkoleniowego w okolicach Aszchabadu, „przeganiano do hangaru przerzutowego, żeby kolejnego dnia wysłać nas w dalszą podróż do afgańskich garnizonów, w okolicy strzelały działa, a nocne niebo rozświetlały wybuchy. Tym razem było wyjątkowo cicho, a uzbrojeni byli tylko spotykający nas pracownicy rosyjskiej ambasady. Zdradzała ich broń maszynowa Kałasznikow, pistolety i kamizelki kuloodporne, z jakiegoś powodu założone pod koszulki. „Staramy się nie wyjeżdżać z Kabulu, bo nie jest bezpiecznie – powiedział ktoś pracujący w ambasadzie – Panu również tego nie radzimy”.
Drugą oznaką tego, że przyjechaliśmy do kraju, w którym wojna właściwie się nie skończyła, były już przy wyjeździe z lotniska: betonowe bloki autobus okrążał ślimakami, kilka szlabanów, blokujących przejazd automatycznie podnoszono w momencie, kiedy nasz kierowca powiedział, że wiezie Rosjan. „Witajcie! – wyjątkowo nienagannym rosyjskim przywitał się jeden z miejscowych wojskowych.
Nasz kierowca, były pilot helikoptera afgańskich wojennych sił powietrznych, który w 1990 roku uciekł Talibom do Rosji, dorabiający w Moskwie jako taksówkarz, żeby wykarmić liczną rodzinę, wróciwszy do ojczyzny, opowiadał, że w Kabulu, w ostatnim czasie jest w miarę spokojnie. Raz, może dwa razy w miesiącu wysadzają się zamachowcy-samobójcy, duchy (tak się wyraził – „duchy”, dowiedziawszy się, że służyłem tutaj w latach ’80) włamują się do hoteli z obcokrajowcami, czasami biorąc zakładników. „Jednak z Rosjanami „duchy” odchodzą się wyjątkowo dobrze, dlatego, że wcześniej było lepiej, niż teraz, kiedy są uzależnieni od Amerykanów” – dodał.
W tym czasie mikrobus mknął wzdłuż glinianych i kamiennych płotów z drutem kolczastym na górze, a przy każdym z wejść były punkty kontrolne, z trudem przeciskał się przez korki, w których stali wszelkie możliwe marki samochodów terenowych z automatyczną skrzynią biegów pracowników miejscowych służb siłowych i zniszczone samochody zwykłych mieszkańców Kabulu. W czasach Związku Radzieckiego obecności wojsk sowieckich prawie się nie odczuwało. Wojsk kabulskich właściwie tez nie było.
Pięciogwiazdkowy hotel Sorena, w którym zameldowano przybyłe na rozmowy do Kabulu delegacje Służb Federalnych Federacji Rosyjskiej i dziennikarzy, według słów przewodniczącego Biura Antynarkotykowego Wiktora Iwanowa, uważany jest za najlepszy w mieście. A do tego najbardziej bezpieczny. Po tym jak trzy lata temu hotel zaatakowali Talibowie, hotel został odgrodzony metalowym płotem stawiając wokół niego kilka punktów kontrolnych. Ochrona, pracownicy miejscowych firm ochroniarskich, lub, jak powiedział Wiktor Iwanow niepaństwowych grup zbrojnych kontrolują nawet własne samochody transportowe przy pomocy sprzętu wykrywającego materiały wybuchowe i psów przeszkolonych do wykrywania takich materiałów. „To dla waszego bezpieczeństwa” – mówi, posługując się dość łamaną angielszczyzną pracownik niepaństwowych oddziałów zbrojnych, przeprowadzający kontrolę.
Na razie kolejny Afgańczyk (bacza) z automatem na ramieniu przeszukuje mój plecak i kieszenie, wspominając wyjazd do Kabulu z 1986 roku. Automat i mundur był wtedy przepustką praktycznie do wszystkiego, a do mojego „desantowego plecaka” nikt by zaglądał. Na pewno, tak właśnie odbierają tutaj siebie amerykanie, jeżdżący po Kabulu w nieoznakowanych opancerzonych jeepach, których miejscowe wojska nie mają prawa kontrolować. Jednak dzięki temu to Amerykanie czują się tutaj bezpieczniej niż mieszkańcy Kabulu. W 1986 roku razem z oficerem politycznym spokojnie spacerowaliśmy ulicami wieczornego Kabulu, obecnie obcokrajowca idącego pieszo, tym bardziej pochodzącego z krajów „okupujących” Kabul na pewno nie spotkasz. Nawet przy obiektach kontyngentów wojskowych wartę sprawują obcy żołnierze, przykładowo filipińscy, czy też bojownicy z niepaństwowych oddziałów zbrojnych, które podpisały umowy ze swoimi Ministrami Obrony Narodowej.
Konferencja, na której z wykładem o niebezpieczeństwie płynącym od narkotyków występują przewodniczący Biur Antynarkotykowych Rosji, Afganistanu, Pakistanu i Tadżykistanu, została otwarta w poniedziałek. Do jej rozpoczęcia wieczorem, wspólnie ze znajomymi dziennikarzami postanowiliśmy spędzić ten dzień na mieście. Tym bardziej, że jest co świętować, przykładowo, mój powrót do Afganistanu. W hotelu powiedziano nam, że whisky, wódkę czy też piwo można kupić w supermarketach, jednak oficjalnie tutaj nimi nikt nie handluje, ponieważ Afganistan, jest republiką islamską, w której sprzedaż alkoholu jest zakazana: za sprzedaż napojów alkoholowych grozi tutaj więzienie, a za picie – chłosta.
Do najbliższego supermarketu, który oświetlają jasne neony można dostać się tylko przez stalowe drzwi z otworem strzelniczym. Ochrona – bojownicy niepaństwowych oddziałów zbrojnych – wymagają paszportu, grzebią w torbach i „przeganiają” przez bramkę na wykrywacz metali, a wszystko to tylko dla bezalkoholowego piwa, skondensowanego mleka, oleju roślinnego czy innych bzdur, i w dodatku skradzionych z pomocy humanitarnej. W sowieckim Kabulu ze spirytusem nie było jakichkolwiek problemów. Żołnierze uporczywie prosili o jakikolwiek, chociażby niskoprocentowy alkohol, a „dukany” – nieduże, miejscowe sklepiki – jawnie sprzedawały alkohol.
W jedynym europejskiej restauracji, którą pomimo przeszkód udało nam się znaleźć, 50g whisky sprzedają za 9$. A mimo tego, jak wyjaśniła nam kelnerka, która, a propos, przyjechała z Biszkeku, za handel alkoholem została aresztowana i razem z koleżanką spędziła w kabulskim więzieniu kilka dni, do momentu, kiedy właściciel restauracji nie wpłacił za nie kaucji. Potem, zapoznawszy się trochę z miastem, dowiedzieliśmy się, że alkohol można kupić w sklepikach na ulicy Cwetnej, nazwanej tak gdyż handluje się tam oprócz alkoholi także kwiatami. Właściciel punktu, niewielkiego sklepu spożywczego dostał za worki mąki kilka butelek przemyconego piwa za 5$. Zgodnie z jego słowami, wino już „wyszło”, a wódki i whisky już dawno nie było.
Na konferencji Wiktor Iwanow powie, że Afganistan jest jednym z największych na świecie miast produkujących i eksportujących heroinę i inne narkotyki. W szarą strefę, jak się okaże, wpisują się nawet żołnierze i urzędnicy, którzy na wszelki wypadek, nie przeszkadzają w rozwoju handlu narkotykami, a międzynarodowe kontyngenty stabilizacyjne, rozmieszczone w Afganistanie, całkowicie starają się omijać pola maku i laboratoria narkotykowe bokiem, gdyż mają „inne zajęcia”. Duża liczba narkomanów notowana jest w Służbach Federalnych Federacji Rosyjskiej, jak również wśród samych agentów.
Dziennikarzom telewizyjnym przykładowo organizowano wyjazdy w okolice miejscowego mostu, gdzie koczują narkomani i walają się strzykawki. Taki obraz, właściwie, mogę obserwować nawet w okolicy mojego domu, w Mytiszczach – przejście podziemnie pod obwodnicą Moskwy już od dłuższego czasu jest ulubionym miejscem narkomanów, bezdomnych i pijaków.
Ponieważ nas piszących na wycieczkę nie zabrano samodzielnie wyszliśmy pochodzić po mieście i spróbować kupić coś z miękkich narkotyków od miejscowych Afgańczyków. Jednak wyjątkowo twórczy eksperyment się nie udał. Pytający o haszysz przyjezdni nie znajdują zrozumienia wśród miejscowej ludności – proponowano nam tylko zakup fajek wodny z nieszkodliwym jabłkowym lub wiśniowym tytoniem. W latach 80 XIX wieku, nie u każdego sowieckiego żołnierza można było znaleźć jakieś halucynogeny, a nawet nie u każdego Afgańczyka w przeciwieństwie do czasów współczesnych. Jednak wtedy Afganistan pod tym względem nie wydawał się na tyle niebezpieczny dla ZSRR, co obecnie dla FR. Za czasów, kiedy w Afganistanie rządzili Talibowie, jak opowiadał mi sam Wiktor Iwanow, narkotyki z Afganistanu praktycznie wyparowały. Produkcją narkotyków zajmował się tylko Sojusz Północny, który następnie wsparł cały świat, kiedy zdecydował się rozpocząć walkę z terroryzmem pochodzącym z Afganistanu. W rezultacie, jeśli wierzyć statystykom Służb Federalnych Federacji Rosyjskiej, nie pokonano terroryzmu, a nawet „wzbogacono się” o nową przeszkodę, mianowicie, zorganizowany na ogromną skalę przemyt narkotyków do Rosji i do państw Unii Europejskiej.
Po konferencji, na której Biura Antynarkotykowe czterech państw porozumieli się w sprawie prowadzenia wspólnej walki ze zorganizowanym przemytem narkotykowym, postanowiono monitorować przepływ narkotyków, a następnie zamknąć miasto dla obcokrajowców. Cudzoziemców uprasza się o przebywanie w hotelach, a najlepiej – przeprowadzić się do ambasad, które są chronione lepiej niż hotele. Trwoga, która opanowała Kabul, jak się z czasem okazało, była spowodowana tym, że na przedmieściach znaleziono zwłoki Amerykanina, który zatrudniony był przez Ministerstwo Obrony USA. Mężczyzna zaginął kilka dni wcześniej, po tym jak wyjechał do miasta załatwiać prywatne sprawy, i właśnie został znaleziony.
Rosjan z Serenu wypuszczono bez problemu. Wszelkie przedsięwzięcia związana z przeciwdziałaniem terroryzmowi ograniczało się do tego, że na jeppach wszelkich możliwych służb ochrony cywilów zaczęto montować karabiny maszynowe. Wyjątkowo dużo takich jeepów-taczanek (taczanka - dwuosiowy pojazd konny, uzbrojony w ciężki karabin maszynowy – przyp. autora) spotkaliśmy na drodze do pałacu Amina, zajętego przez rosyjskie oddziały SPECNAZU jeszcze 1979 roku. Gruzy pałacu pozostają nietknięte już od 30 lat. Wokół ciągle można znaleźć zardzewiałe gilzy sowieckich pocisków 5,45 mm, które są pozostałością ataków. Dotarcie do ruin utrudnia drut kolczasty i miejscowi wojskowi – niedaleko pałacu, na pagórku wielki punkt kontrolny, z którego można kontrolować przebiegającą niedaleko drogę. A droga ta prowadzi do drugiego ważnego miejsca w Kabulu – byłego sztabu 40 pułku wojsk radzieckich, który został zniszczony już, jak może się wydawać, przez Talibów, którzy przejęli kontrolę nad miastem.
Niedaleko sztabu znajduje się muzułmański cmentarz. Naprzeciwko – dwie bazy. Amerykańskich i afgańskich wojsk. Przejście do nich zagrodzone jest punktem kontrolnym. Brodaty Afgańczyk w kasku obsługujący pistolet maszynowy, zorientowawszy się, że przyjechali Rosjanie przez radio wzywa dowódcę w zielonym berecie. Ten, usłyszawszy, że odbyłem półtoraroczną służbę w wojsku stacjonującym w Asadabadzie, najwidoczniej powiedział przełożonemu, że przyjechali „swoi”. Zresztą, nikt nas nie przeszukuje, a żołnierze, z przyjemnością zaczynają pozować fotografikom, co jest praktycznie niemożliwe w innych wojskowych garnizonach w Kabulu.
Jeden z żołnierzy oddaje nam nawet swój pistolet, a my, ledwo co rozumiejąc się nawzajem, staramy się rozstrzygnąć, czemu rosyjski Kałasznikow jest lepszy od amerykańskich karabinów maszynowych. Amerykański żołnierz, który właśnie w tym momencie podjechał do punktu kontrolnego, tylko palcem gładził celownik, postawieni są przecież w stan gotowości, w związku z możliwością zamachu terrorystycznego …
Lotnisko Kabulu. Blokada, punkt kontrolny, pomnik ku pamięci żołnierza, który zestrzelił MIGa, który pochodzi, o ile się ni mylę, jeszcze z czasów sowieckich. Na parkingu zamyśleni Amerykanie w kamizelkach kuloodpornych, wysiadłszy z jeepa szukają śmietnika, żeby wyrzucić opakowanie po papierosach, pomimo iż pod nogami jest pełno śmieci. W moim kierunku maszeruje starszy afgański żołnierz w paczką w rękach. Częstuje mnie orzechami.
- Rosjanin.
- Tak, dokładnie.
- „Tutejszy?”
- Już drugi raz. Pierwszym razem służyłem tutaj w 1980r.
- Co słychać, bracie!?
- Świetnie!
- Nie tak, powinieneś odpowiedzieć inaczej.
I wyraźnie, sylabizując wypowiedział słowo, które mogą przekazać, jako „dorobiłem się”.
Poważnie, wszystko skończyło się dobrze, podobnie jak 24 lata temu. Biura antynarkotykowe podpisały porozumienie, a my, dziennikarze, na pokładzie samolotu zwrócono nam kupione w Kabulu noże, sztylety, zapalniczki. „Szanowni państwo proszę odbierać swoją broń” – powiedziała wszedłszy do salonu stewardessa, która na tacy trzymała skonfiskowane nam wcześniej rzeczy. 

sobota, 17 września 2011

Kto zajmie się kirgiskim szlakiem narkotykowym?

Znalezione na stronie fergana.ru. Dziękuję za tłumaczenie Mariuszowi Rajewskiemu. 


Rząd Kirgistanu poinformował, że na poważnie zabiera się za walkę z afgańskim szlakiem narkotykowym. Na ile pewna i sprawdzona jest ta wiadomość? Jak długo rząd będzie prowadził tę walkę? I w końcu, jak odbierają próby swoich kirgiskich kolegów ich odpowiednicy z rosyjskich służb specjalnych? O tym rozmawiał w Moskwie komentator „Fergany” Nikołaj Lewin z przedstawicielem jednego z departamentów rosyjskich sił bezpieczeństwa, który poprosił o anonimowość.
- W tym roku odbył Pan do Kirgistanu podróż służbową. Jak ocenia Pan sytuację, która tam się formułuje?
- Jeśli mam odnieść się do tego pytania krótko, to szlak narkotykowy jak przechodził, tak i nadal będzie biegł przez Kirgistan. Najpoważniejszym niebezpieczeństwem, jak Pan zapewne rozumie, jest kontrabanda substancji opioidowych, w pierwszej kolejności heroiny. Według naszych opinii, z Afganistanu, przez Kirgistan rok rocznie „przepływa” około 20-25 ton heroiny i opioidów. W 2010 roku poziom przemytu zwiększył się, powodem była walka z ogólną anarchią w państwie. Obecnie jego poziom reguluje się nie tyle wysiłkiem organów egzekwowania prawa, co ograniczoną chłonnością runku narkotykowego: Rosja tak wielkiej ilości heroiny nie jest w stanie „przetrawić”. Schematy, jak i organizatorzy tego „biznesu” są powszechnie znani. Nie mogę powiedzieć, że służby specjalnego tego kraju przyjęły bierne stanowisko. Przecież powstał Komitet ds. Kontroli narkotykowej (dalej: Komitet), który zlikwidowano za rządów Bakijewa. W bieżącym roku we współpracy z Komitetem przeprowadzono kilka zatrzymań, ostatnia głośna operacja miała miejsce w okolicach Jekaterynburga, dosłownie w ciągu ostatnich dni. Jednak głównemu potokowi „trucizny” mimo wszystko udaje się uniknąć służb specjalnych.
- Dlaczego?
- Nie ujawnię tajemnicy, jeśli powiem, że biznes ten „kryją” ważni ludzie ze struktur państwa. Dlatego miejscowych baronów narkotykowych nie tyle, że nie chcą aresztować, ale nawet nie mogą pozbawić stanowisk, powiedzmy sobie szczerze, w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych.
- Powiedział Pan, że trasy tranzytu nie są żadną tajemnicą.
- To oczywiste. Heroina początkowo dociera do Górnego Badachszanu, w Tadżykistanie. Następnie różnymi drogami, między innymi pieszo i wykorzystując miejscowe sposoby transportu (np. wozami, konno – przyp. autora), dostarczają ją do Kirgistanu, w Czon Alaj. Stąd, wykorzystując już „transport samochodowy”, biały proszek (głownie afgańska heroina, częściej, koloru kremowego) dociera samochodami do baz w Osz i Dżalalabadzie. Dalej, towar wysyłany jest jedną z dwóch tras. Pierwsza – do sąsiedniego Uzbekistanu. Przecież tylko dla zwykłych ludzi granica jest tutaj zamknięta, a dla tranzytu - nie. Trasa druga – wykorzystując autostradę, następnie przez góry do Obwodu Czujskiego. Stąd znów możliwe są dwa warianty drogi, heroina wędruje albo do Kara-Bałty, a następnie do Kazachstanu i dalej do Rosji, lub też magazynowana jest w Biszkeku, a stąd niewielkie partie towaru rozwozi się do licznych rosyjskich miast pasażerskimi lotami, a główną część heroiny przerzuca przez kazachską granicę, żeby następnie przewieźć ją do Rosji.
- Z czego „słynie” Kara Bałta? Dlaczego jedno z miejsc przerzutowych zostało umieszczone właśnie tam?
- Między innymi z tego, że w tym właśnie mieście ulokowano zorganizowaną grupę przestępczą Almaza Bakuszewa (pseudonim Bakusz), sportsmena urodzonego w 1960 roku, który ulokował w Kara Bałcie nielegalną fabrykę spirytusu. Bakuszew i jego ludzie przemycają przez granicę do Kazachstanu kontrabandy alkoholu, a jednocześnie i heroinę. Już dawno kanał został zmieniony. Jeśli dobrze pamiętam, Bakusza próbowano w zeszłym roku aresztować, jednak jego bojówki okrążyły posterunek milicji, a „autorytet” został wypuszczony. Świadek przestępstwa, którego dopuścił się Bakuszew, zmienił zeznania mówiąc, że się pomylił. Tak też wszystko trwa dalej.
- Czy może Pan podać nazwiska innych uczestników narkotykowego tranzytu?
- Jeśli nie boi się Pan o tym napisać … Mi to wszystko jedno. Proszę bardzo. W rejonie Pamiru (pasmo górskie w Azji Środkowej – przyp. autora) w Tadżykistanie, obecnie pierwsze skrzypce, jako organizator przemytu, według naszych danych, gra Salamszo, były dowódca polowy.
- Kto to? Muchabbatow?
- Tak, on. Sportsmen, zapaśnik, który osiągnął wiele sportowych sukcesów. W czasie wojny domowej – znaczący dowódca polowy zjednoczonej opozycji, głównodowodzący obroną Okręgu Wanczskiego. Od 1994 roku – przewodniczący Rady dżihadu Badachszanu.
W 1998, kiedy podpisano porozumienie pokojowe, na krótki okres został mianowany przewodniczącym Komitetu ds. nafty i gazu Tadżykistanu. Muchabbatow był na tyle mądry, żeby być skromnym człowiekiem, żeby nie dać się zastrzelić, jak byli opozycyjni „towarzysze broni”. Odszedł w cień, nigdy więcej żadnych funkcji nie sprawował. W ciągu ostatni pięciu lat Salamszo całkowicie znikł. A teraz – kieruje tranzytem narkotyków! Kilka lat temu jego konkurenci chcieli go otruć, jednak nic z tego nie wyszło, przeżył.
- Według mnie w Osz, popełniano „grzechy” na konto Adbula Nazarowa,  głównego czekisty Górnego Badachszanu …
- Możliwe, nie wiem, jednak jego tadżyccy koledzy nie maja do niego pretensji. Mówi się, że „plotki się nie potwierdzają”. Chociaż, jest z kręgu byłych opozycyjnych działaczy, z bojówek, a nawet w swoim czasie, odsiedział swoje w Afganistanie. Teraz pracuje jako przewodniczący kierownictwa Bezpieczeństwa państwa w regionie górno-badachszanskim. W Tadżykistanie z Rosją niezbyt chętnie się kontaktuje, to Amerykanie zajęli się umocnieniem tadżyckiej granicy. Nawet im się to udaje …
- Niech będzie. A kolejni?
- Dalej, jak już mówiłem. Czon Alajski region. Osz i Dżalalabad. Kirgiscy milicjanci, kramarze (mali handlowcy) i politycy. Mogę potwierdzić, że krewni (brata byłego prezydenta) Żanysza Bakijewa, według moich obserwacji, poważnie wpływali na tranzyt narkotykowy. Milicjanci również starali się niczego nie  przeoczyć. W gronie wysoko postawionych urzędników organów Ministerstwa Spraw Wewnętrznych znaczącą rolę odgrywał Szeroz Mirzakarimow, będący za rządów Bakijewa pierwszym wiceministrem spraw wewnętrznych.
Następnie Mirzakarimow uciekł razem z Kurmanbekiem Bakijewem, gdzie znajduje się obecnie, nie wiadomo. Jednak przekazał pałeczkę Furkatowi Usenowowi, wiceministrowi spraw wewnętrznych Kirgistanu ds. południa. Ten został jednak pozbawiony stanowiska w kwietniu.
- Wiadomo gdzie teraz przebywa ten Usenow?
- Słyszałem, że został oddany do dyspozycji kierownictwa kadr w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Na pewno zostanie gdzieś skierowany. A polityczne lobby biznesu narkotykowego, nawet w parlamencie, wyjątkowo pewnie sobie siedzi.
- Na rzecz jakich ustaw lobbuje w parlamencie?
- Na co nam tutaj ustawy … Nie obawiamy się przecież, że narkotykowe lobby w Kirgistanie przyjmie, na przykład, ustawę legalizującą marihuanę. Nie w tym rzecz, funkcja tych polityków jest prosta: podtrzymywanie obecnego bałaganu w organach egzekwujących prawo w Kirgistanie, ochrona przestępców narkotykowych przed prześladowaniami, działanie w taki sposób, żeby służby specjalne kraju po prostu nie chciały związać się z wielkimi bossami z obawy przed znaczącymi nieprzyjemnościami politycznymi. Oni mają wszystko określone zgodnie z kwotami, kogo jaka partia popiera. Na razie wszystko dalej ciągnie się w ten sam sposób, rozmowy o walce z mafią narkotykową – to temat zastępczy, poruszany dla samozadowolenia.
- Powiedział Pan – politycy? Kto na przykład?
- Tak bardzo chce Pan to wiedzieć? Nie potrzeba daleko szukać, chociażby Kamczibek Tasziew, kierujący partią „Ata-Żurt”, parlamentarzysta. W tej gałęzi tranzytu, która biegnie z południa Kirgistanu do Uzbekistanu, jak podejrzewamy, wypełnia on jedną z kluczowych funkcji, już wyjątkowo długo. A zarobione w ten sposób pieniądze pierze w swojej sieci stacji benzynowych „Tomas”. Osobiście kilkakrotnie spotykał się ze wspomnianym już Salamszo, przy czym nie tylko na terenie Tadżykistanu, ale również i Kirgistanu, co nawet zostało udokumentowane.
- Kto to dokumentował i dlaczego?
- No, jaki mógłby być powód … Po prostu. W czasie, kiedy był Ministrem do Spraw Nadzwyczajnych (mowa o Salamaszo) kontakty z niektórymi ważnymi osobistościami z środowiska Bakijewa nie ułożyły się zbyt dobrze. Tak przynajmniej mi mówiono … Nie chcę wnikać w szczegóły, nie ma to bezpośredniego związku z moją pracą. A tak przy okazji, wie Pan, że Kamczibek Tasziew był pozywany, jeszcze do przewrotu 2010 roku, w sprawach karnych? Został zatrzymany z powodu masowych i niewyjaśnionych przekroczeń rozchodów w Ministerstwie do Spraw Nadzwyczajnych, z jego rozporządzeń zakupiono sprzęt komputerowy po dwukrotnie zawyżonej cenie w porównaniu z rzeczywistymi cenami. Następnie, 7 kwietnia, w czasie powstania, wszystkie dokumenty dotyczące spraw karnych wytoczonych przeciwko niemu dziwnym trafem spłonęły w budynku centrum kryminalistycznego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Chociaż one, w mojej opinii, oficjalnie nigdy nie zostały zakończone (zamknięte).
Mówię to dlatego, żeby Pan zrozumiał, dlaczego Salamszo znajdował się pod dozorem milicji. I zgodnie z naszym głównym tematem – jego funkcja w całym procederze jest znacznie prześwietlona. Zarówno on, jak i jego bliski kontakt z „nadzorującym” miasto Dżalalabad Kadyrem Dasonowem, pseudonim Dżengo, urodzonym w 1971 roku, który ściśle kontroluje uzbecką trasę tranzytu narkotyków. Dosonow – to ważna „figura” w kryminalnym światku Kirgistanu, w dużym stopniu związany z takimi prowodyrami narkotykowymi, jak: Kola Kyrgyz (Kolbaew), Anapiewa, Mamatow (Pokisz). Ma liczne kontakty z wpływowym klanem finansowym Ajdarowów. Nawiasem mówiąc, aresztowano niedawno w Kirgistanie syna Dżengo, Beksultana, miał przy sobie 39 kilogramów afgańskiego haszyszu. Ciekawe, uda mu się wywinąć czy nie?
- A jaka część przemycanych narkotyków trafia do uzbeckiego „kanału przerzutowego”?
- Według naszych szacunków, około 1/3 całego przemytu, który trafia do Rosji przez południe Kirgistanu.
- Jeśli są poważne podejrzenia, to dlaczego Tasziewa nie zatrzymano?
- Niech Pan spróbuje go zatrzymać. Sam Pan niedawno napisał w „Ferganie” o tym, dlaczego jego ludzie pobili urzędnika państwowych służb bezpieczeństwa Kirgistanu w czasie wykonywania przez niego obowiązków służbowych. Jednak trochę się Pan pomylił.
Faktycznie, początkowo wszystko wyglądało tak, że pracownicy Państwowego Komitetu Bezpieczeństwa Narodowego „hodowali” sobie kryminalny autorytet, właśnie w dziedzinie biznesu narkotykowego. Napisał Pan, że był to Dżengo, jednak nie on a  Zakir Kydyrbaew, pseudonim Zaka, urodzony w Karakulii, w Obwodzie Dżalalabadzkim. Tego dnia zjadł obiad u zbiegu ulic Bacha – Kolcewaja, i korzystając ze sposobności otrzymał „towar”. Od tego momentu zaczęto go bacznie obserwować.
I wtedy Zaka przychodzi do domu Tasziewa. Przy okazji powiem, jest możliwe, że nie zamierzał tylko rozliczyć się z pieniędzy, ale również chciał zostawić część narkotyków (wśród „gwardzistów” Tasziewa są narkomani, którym Tasziem zapewnia „towar”). Śledzący go nie zdawali sobie sprawy z tego, czyj to dom. Naprzeciwko domu Kamczibeka jest niewysokie wzniesienie, z którego bardzo dobrze widać jego posiadłość. Pracownik służby bezpieczeństwa poszedł stamtąd obserwować, jednak jego, jak to się mówi, „kupili” ludzie Tasziewa. Doprowadzili go do posiadłości i zaczęli się nad nim znęcać. Młody człowiek pokazał służbową legitymację, jednak to ich nie powstrzymało. Również w tej sprawie wszczęto postępowanie karne, ale zostało umożone.
- A co to za gwardia?
- Tasziew posiada na chwilę obecną dobrze uzbrojony wierny jego rozkazom oddział, na wzór wojska, w liczbie 200 „bagnetów”. Trzon oddziałów stanowią sportowcy, sponsorowani przez Tasziewa (między innymi tych, którzy uprawiają narodową dyscyplinę kuresz. Jednak nie tylko, są również zwykli przestępcy.
Znana jest również wersja, dostatecznie uzasadniona, że Tasziew zakazał usunięcia „Czarnego Ajbeka” (jakiś Sułtan w starożytnym Egipcie) Mirsidikowa z Dżalalabadu, który, jak się okazało był jego konkurentem, jeśli chodzi o tranzyt narkotyków.
- Zgadza się, Ajbek był wtedy w poważnym konflikcie z Kadyrżanem Batyrowym, to powszechnie wiadome.
- Zgadza się, konflikt miał miejsce. A z Ajbekiem obeszli się bardzo profesjonalnie. Bardzo profesjonalnie jak na małomiasteczkowych rozbójników. I, na tyle na ile wiem, dopuścili się tego ludzie bezpośrednio związani ze służbami specjalnymi Uzbekistanu, i stąd pochodzący.
- Po co tutaj uzbeckie służby specjalne?
­- A jak Pan myśli, kto ochrania po tej stronie granicy konwój z narkotykami? Właśnie oni. I ten „potok”, który bezpośrednio płynie z Afganistanu do Termezu przez „złoty most”, jak również to, co przedostaje się przez nieszczelną granicę z Kirgistanem, rzekomo zamkniętą. A w skład jakiego biura, według Pana, wchodzi służba graniczna Uzbekistanu? Dokładnie, w składy Służb Bezpieczeństwa Narodowego.
- Kamczibek Tasziew z nimi współpracuje, czyż nie?
- Nie stwierdzam jednoznacznie, że Tasziew podpisał się pod tym pomysłem. Nie jest to jego obowiązkiem. Jednak są przypuszczenia, że łączą ich biznesowe interesy na szlaku narkotykowym.
- Jak Pan uważa, co się stanie, jeśli jesienią na prezydenta Kirgistanu zostanie wybrany człowiek związany z mafią narkotykową? Jaka będzie reakcja Rosji?
- Myśli Pan, że ona będzie tylko śledzić bieżące wydarzenia? Mało prawdopodobne. Jednak uczymy się przecież na własnych błędach. Drugi Bakiew na stanowisku prezydenta nikomu nie jest potrzebny. Kirgistan – suwerenną republiką? Świetnie, nie mam więcej pytań! Obywatele Kirgistanu mogą sobie wybrać na prezydenta, kogo będą chcieli, tutaj nie ma wątpliwości. Jednak sam też odpowie za konsekwencje tego wyboru.
W tym przypadku, jeśli będzie miało miejsce to, o czym Pan mówi, reakcja powinna być zrozumiała. Po pierwsze, wprowadzenie wymogu wizowego dla obywateli Kirgistanu. O tym mówił już Borys Gryzłow odnośnie Tadżykistanu, jednak i Kirgistan, w tym przypadku, wychodzi na to, że daleko „nie zajedzie”.
Po drugie, nalegamy, żeby naprawdę zamknąć granicę Unii Celnej, tj. granicę Kirgistan-Kazachstan. Obecnie panuje tam ogromny zamęt. Pozwolono na przewóz, dla własnego użytku, do 50 kg produktów. Wozy z chińskimi dobrami konsumpcyjnymi są rozładowywany przy przejściach granicznych, pakowane do toreb, i następnie przez tragarzy przenoszone na drugą stronę. Co jeszcze przy okazji oni w tych torbach przenoszą, nikt to końca nie wie. Myślę, że najwyższa pora z tym skończyć! Rosyjskie służby specjalne o całym procederze są bardzo dobrze poinformowane, jednak przymykają na wszystko oko i pozwalają biednym obywatelom Kirgistanu zapracować na kawałek chleba, w tych trudnych dla nich czasach. Jeśli nowy prezydent na poważnie zajmie się sprawą szlaków przerzutu narkotyków – wszystko od razu zakończy. Żadnych „transferów”, żadnych tragarzy. Taka, według mnie, będzie pierwsza reakcja, jak będzie naprawdę to się dopiero okaże.
- A czy Kirgistan jest poważnie narażony na wylew uzależnień od narkotyków?
- Naturalnie! W tym roku, w Kirgistanie, zgodnie z tym, co mówili mi moi znajomi, liczba oficjalnie zarejestrowanych narkomanów po raz pierwszy przekroczyła poziom 10 tysięcy osób. Oficjalnie! Żeby zdać sobie sprawę z rozmiaru problemu, liczbę 10 tys. należy pomnożyć, według mnie, razy 15. Dla państwa, które liczy sobie pięć milionów obywateli to już wystarczająco dużo. Dla mnie wyjątkowym cynizmem jest, kiedy politycy mówią o rozwoju ludności kirgiskiej, a jednocześnie trują ich bieluniem. Kirgizi nie zasłużyli sobie na takie traktowanie.


[1] Kuresz – tradycyjny sport w Centralnej Azji, w Europie rozpowszechniony pod nazwą zapasy.
[2] Gatunek trujący. 

piątek, 16 września 2011

Republika "Dordoj"

Znalezione w rosyjskim "Forbes". Polecam


Po przystąpieniu Kirgistanu do unii celnej możliwa staje się trzecia rewolucja. Dlaczego rynkowi handlarze wyjdą na barykady?
Duszna noc z 7 na 8 sierpnia 2010 roku. Biszkek. Rozgorączkowany tłum dewastuje sklepy w centrum kirgiskiej stolicy, ale obłowić się nie ma szczególnie czym – handlarze, nauczeni gorzkim doświadczeniem pierwszej rewolucji w 2005 roku, zdążyli wywieźć towar. Szabrownicy podpalają więc budynek Prokuratury Generalnej i jednej z rejonowych inspekcji podatkowych.
Kilka godzin wcześniej setki młodych ludzi, uzbrojonych w łańcuchy, fragmenty sprzętów domowych, czy po prostu w kije, zaczęło gromadzić się przed głównym wejściem na bazar „Dordoj” na obrzeżach Biszkeku. Pozostałe wejścia administracja i kupcy przezornie zabarykadowali kontenerami z towarem. Ochrona bazaru z automatami i miejscowi przedsiębiorcy z myśliwską bronią posępnie obserwowali rozgrzewających się rabusiów i gdy tylko ci ruszyli w kierunku bazaru, demonstracyjnie zaszczękali zamkami karabinów. Tłum cofnął się.
Do żądnych szybkiego zysku młodych Kirgizów nie śpiesząc się wyszedł krępy mężczyzna w średnim wieku odziany w garnitur. Swoje kroki skierował prosto w stronę prowodyrów, krzyczących głośniej niż reszta. Zarządca bazaru Amanbaj Kajipow (a był to właśnie on) nie wchodził w negocjacje. „Setki uzbrojonych kupców nie oddadzą Wam niczego – uciął Kajipow – Strzałów ostrzegawczych nie będzie, idźcie sobie do miasta i tam demolujcie sklepy”. Plac przed wejściem na „Dordoj” powoli zaczął pustoszeć, po pół godzinie nie było już tam nikogo.
Dordoj” to nie tylko wielki jarmark, to największy bazar w Azji Centralnej, rozciągający się na przestrzeni 100 ha (dla porównania: moskiewski bazar „Czerkizowskij” zajmował 66 ha). Wzdłuż ulic tego „miasta” na dwóch poziomach rozstawionych jest 10 000 kontenerów, górny rząd jest przeznaczony na magazyny, na dole znajdują się sklepy. Ponad 40 000 punktów handlowych pracuje 364 dni w roku, jedyny dzień wolny to 1 stycznia.
Ożywiony handel zaczyna się już o 6 rano. Między kontenerami snują się dostawcy towaru z ogromnymi taczkami, spóźnieni handlarze przygotowują zewnętrzne i wewnętrzne witryny, bardziej roztropni już prowadzą negocjacje z hurtownikami. Handel kończy się po południu, bliżej wieczora wszystkie kontenery są już zamknięte. Według raportu Banku Światowego „Bazary i integracja handlu w Azji Centralnej”, w 2009 roku obrót towarów na bazarze „Dordoj” osiągnął wartość 4 mld dolarów (danych za 2010 rok nie ma). Do kryzysu w 2008 roku, według ocen, ta suma miała wynosić prawie 7 mld dolarów.
Prawie wszystkie towary (ponad 90%) są chińskie. Tysiące kirgiskich przewoźników (czełnoków) kupuje w Chinach i zapełnia „Dordoj” tanią odzieżą, obuwiem i elektroniką. Po już wysortowane partie towaru przyjeżdżają na biszkecki rynek handlarze z północy – z Kazachstanu i Rosji. Na granicy nie mają poważniejszych problemów – towar o ciężarze do 50 kg i o wartości nie przewyższającej 1000 dolarów nie podlega opłatom celnym. Mali przedsiębiorcy wożą towar samodzielnie, hurtownicy przekazują rozbitą po 50 kg partię towaru wyspecjalizowanym firmom przewozowym, które dostarczają towar na wyznaczone miejsce, dokonując formalności na rosyjskiej lub kazachskiej granicy.
Dookoła rynku czekają na klientów setki taksówek, od dworca autobusowego jeździ tu 250 autobusów. Wielu taksówkarzy pracuje według systemu „all inclusive” – biorą pieniądze i za przewóz, i za przejazd przez kazachską granicę. „Wszędzie są swoi – uśmiecha się jeden z nich. – Możemy i w ogóle bez granicy, przez rzeczkę”. Oficjalnie celnicy i pogranicznicy nie mają powodów, by zatrzymywać kupców na granicy, ale kontrola celna może rozciągnąć się na kilka godzin. Taksówkarze pomogą zaoszczędzić czas i nerwy.
Wewnątrz „Dordoja” system władzy jest dużo bardziej stabilny niż w Kirgistanie, choćby dlatego, że nie dochodzi tu do rewolucji. Najwyższy władca – honorowy prezydent Stowarzyszenia „Dordoj” Askar Sałymbekow, jest też głównym właścicielem bazaru. Szef wyznacza lokalnych „gubernatorów” – generalnych dyrektorów pododdziałów, zarządzających różnymi częściami „Dordoja”. Los „gubernatora” w dużej mierze zależy od „mieszkańców”, którzy donoszą prezydentowi o swoim niezadowoleniu poprzez wybieranych przez handlarzy starszych rzędów i związek zawodowy „Dordoja”. Porządku na rynku strzeże znajdujący się tu posterunek milicji i prywatna firma ochroniarska z 500 uzbrojonymi ochroniarzami. Obcych, np. przejezdnych milicjantów lub niemających związku z rynkiem poborców podatkowych, próbujących „utrudniać biznes”, z terenu tu się wyrzuca. Miejscowi ochroniarze i aktywiści z grona handlarzy odławiają złodziejaszków i gaszą handlowe konflikty.
Biuro Sałymbekowa znajduje się w centrum Biszkeku, pół godziny jazdy od rynku, w wielopiętrowym handlowo-biurowym centrum „Dordoj-plaza”. W czasie obiadu w bufecie z narodową kuchnią na pierwszym piętrze są prowadzone męskie, nieśpieszne rozmowy, np. o nadchodzącym meczu klubu piłkarskiego „Dordoj-Dynamo”, wielokrotnego mistrza kraju. Sałymbekow – wielki fan sportu, lubi piłkę nożną, siatkówkę i biegi narciarskie. Jeden z tematów, omawianych przy stole – jak znaleźć w Biszkeku tłumacza z portugalskiego dla przybyłych z Brazylii trenerów „Dordoj-Dynamo”. Jak się okazało, żaden z dwóch zaproszonych specjalistów nie zna angielskiego.
Pięćdziesięciopięcioletni założyciel „Dordoja” jest jednym z najbogatszych przedsiębiorców w Azji Centralnej, należy do niego nie tylko bazar i klub piłkarski. Stowarzyszenie „Dordoj” posiada fabrykę mebli, zakłady produkujące opakowania i plastikowe okna, firmę prowadzącą rozpoznanie i eksploatację pokładów dolomitowych marmurów, przedsiębiorstwo budowlano-montażowe, kilka hoteli, pensjonat, osiedle domków jednorodzinnych na wyspie na jeziorze Issyk-Kul oraz inne aktywa.
O finansowych wskaźnikach swojego biznesu Sałymbekow nie chce się szerzej opowiadać, z trudem wydusza z siebie jedną cyfrę – 70 proc. utargu przynosi mu bazar „Dordoj”. Sam woli zajmować się kwestiami organizacyjnymi – wynajmem ogromnej ilości punktów handlowych, zapewnieniem bezpieczeństwa i porządku, itd. Przybliżone wyobrażenie o rozmiarze majątku Sałymbekowa daje ocena Banku Światowego: każdego roku handlarze płacą za wynajem na bazarze „Dordoj” 540 mln dolarów. Dla porównania: dochód właścicieli z wynajmu drugiego pod względem wielkości w Azji Centralnej bazaru „Barahołka” w Ałma-Acie jest o cały rząd wielkości mniejszy i wynosi 66 mln dolarów.
W czasach radzieckich Sałymbekow szybko wspinał się po szczeblach kariery komsomolskiego robotnika i zakończył ją w 1986 roku na stanowisku zarządcy oddziału KC LKZM (Leninowskiego Komunistycznego Związku Młodzieży) Kirgiskiej SRR. Później przewodniczył komitetowi sportu miasta stołecznego, jako członek oficjalnych delegacji dużo jeździł za granicę, z ciekawości zwracając uwagę na przedsięwzięcia handlowe. Ogromne wrażenie na przyszłym miliarderze wywarł bazar w Paryżu, właśnie tam przyszedł mu do głowy pomysł otworzenia cywilizowanego targowiska w Kirgistanie.
Na początku lat 90, w ramach walki ze spekulantami w Biszkeku akurat rozpędzono wszystkie prowizoryczne targi i ludzie handlowali tam, gdzie tylko mogli, - opowiada Sałymbekow. – Zaproponowałem miejskiemu komitetowi wykonawczemu uporządkowanie handlu, co ostatecznie mi się udało”. Pod przyszły bazar wyznaczono miejsce za miastem, obok cmentarza. „Dordoj” zaczął się od 5 ha ziemi, kilku rzędów na szybko zbitych straganów i 300 handlarzy, którzy przystąpili do pracy już pierwszego dnia.
Wraz z rozwojem „Dordoj” przyciągał nowe przedsięwzięcia – organizowanie handlowych wyjazdów do Chin, pomoc prawna, ochrona i dostawa towarów. Jednak, po 2001 roku Sałymbekow zrezygnował z załatwiania formalności celnych dla towarów i dostaw do Kazachstanu i Rosji. Mówi, że spedycyjny biznes stał się wysoce ryzykowny - towar może zostać zatrzymany, aresztowany, itd. Ponadto silne zainteresowanie przeładunkiem towarów przejawiają grupy przestępcze. Od tej pory tym biznesem zajmuje się firma „Biek-Cargo”, należąca do lidera opozycyjnej partii „Zamandasz”, Muhtarbeka Omurkanowa. W maju tego roku zginął on na Kubie – zakrztusił się trzymetrową falą, która nieoczekiwanie rozbiła się o brzeg.
Przez 20 lat tak łakomy kąsek jak „Dordoj”, generujący pieniądze okrągły rok przy każdej pogodzie, niejednokrotnie zwracał uwagę politycznych klanów Kirgistanu. „Próby wejścia do biznesu były podejmowane za czasów prezydentury Askara Akajewa i jego następcy Kurmanbeka Bakijewa”, - mówi Sałymbekow. Jednak, według niego, nigdy nie miał żadnych partnerów, reprezentujących lokalne elity: „Finansowaliśmy polityczne procesy i do tego ogranicza się współpraca z władzą”. Jednak, jak opowiadają przedsiębiorcy z „Dordoja” w czasie rządów obalonych prezydentów do członków ich rodzin i ich bliskich należały całe rzędy straganów.
Sam Sałymbekow już dawno stał się nie tylko świetnym biznesmenem, ale i skutecznym politykiem. Od 1999 do 2005 roku przewodniczył administracji obwodu naryńskiego, gdzie się urodził; w 2005 roku przez kilka miesięcy był p.o. mera Biszkeku, w tym samym roku został członkiem parlamentu Kirgistanu. Szybko zdobyty polityczny autorytet dał przedsiębiorcy możliwość odcięcia się od struktur kryminalnych, które próbowały stać się współwłaścicielem „Dordoja” lub chociażby zebrać z niego haracz.
Przez lata niepodległości Kirgistan przekształcił się w główną bazą przeładunkową chińskich towarów na trasie do Kazachstanu i Rosji. „Kirgistan stał się główną platformą reeksportu – pisze w swoich raportach Bank Światowy. – Kirgiscy handlowcy, jak widać, przewyższają konkurencyjnie swoich partnerów w innych państwach Azji Centralnej pod względem możliwości zakupu towarów ze źródeł po optymalnych cenach, a także wyznaczenia popytu na nie”.
Chodzi tu oczywiście nie tylko o przedsiębiorczość kirgiskich kupców. Po wejściu Kirgistanu do WTO w 1998 roku granica z sąsiadującymi Chinami otworzyła się – handel prowadzony jest bez ceł lub są one minimalne. Dalej chińskie artykuły przemysłowe i elektronika są dostarczane do Rosji. „Około 70 proc. towarów wyjeżdża tam, od Czelabińska do Krasnojarska, - mówi Sałymbekow. – To nasz teren, europejską część wcześniej zaopatrywał w towar bazar Czerkizowskij”.
Na granicy z Kazachstanem przewoźnicy muszą zapłacić za chiński towar cło w wysokości 0,6 euro za 1 kg, ale także i tę minimalną opłatę można obniżyć do zera. Przecież, jeśli towar jest pochodzenia kirgiskiego, to na teren WNP można go wwieźć bez opłat. Zamiana chińskiego towaru w kirgiski to sprawa techniczna, nierzadko tekstylia z Chin wwozi się do Kirgistanu bez jakichkolwiek znaków rozpoznawczych. „Metki dowolnego państwa i dowolnej firmy można kupić na bazarze i przyszyć je tutaj lub w Rosji”, - mówi właściciel kilku punktów handlowych na Dordoju Ibragim.
Według oficjalnych statystyk, w 2004 roku rosyjski urząd celny zarejestrował import 7 mln sztuk wyrobów odzieżowych z Kirgistanu, gdy w tym samym czasie w kirgiskich fabrykach zostało wyprodukowanych w sumie 2 mln sztuk. Do 2008 roku wwóz wyrobów odzieżowych z metką „Wyprodukowano w Kirgistanie” do Rosji wzrósł prawie sześciokrotnie, do 40 mln sztuk.
W okresie Związku Radzieckiego w Kirgiskiej SRR przemysł tekstylny i szwalniczy był bardzo rozwinięty, ale na początku lat 90 wszystkie przedsiębiorstwa tej gałęzi upadły. Po przystąpieniu państwa do WTO lekki przemysł zaczął się odradzać. Tajemnica tego jest bardzo prosta: chińskie tkaniny i części są wwożone bez ceł, a siła robocza w państwie jest tania. Kirgiskie szwaczki pracują na tanim chińskim sprzęcie, dlatego koszt wyrobów jest minimalny.
Przedsiębiorca Larisa Popkowa posiada na „Dordoju” dwa kontenery, gdzie sprzedawana jest odzież, wyprodukowana przez jej firmę szwalniczą „Larisa”. I wszystkie rozmowy o manipulacjach metkami silnie ją wzburzają. Firma „Larisa” działa już 17 lat i zajmuje się wyłącznie szyciem damskiej odzieży, która według właścicielki, cieszy się dobrą sprzedażą w Rosji. Szwalnicze zakłady znajdują się w niedawno wybudowanym budynku z ogromnymi oknami. Na trzech piętrach pracuje pięćdziesiąt szwaczek, a na czwartym projektanci pracują nad nowymi wzorami bluzek.
Do każdego wyrobu wszywa się metkę Wyprodukowano w Kirgistanie, są dużo lepsze niż w Chinach i Turcji, a przy tym tańsze. – Popkowa pokazuje różnokolorowe bluzki jedna za drugą. – Wszystkie tkaniny są z Korei, bardzo dużo ręcznej roboty, haftów. Jaki sens miałoby mieć branie tanich chińskich towarów?”. Bluzki od „Larisy” na „Dordoju” kosztują od 5 do 17 dolarów, a w Rosji są sprzedawane kilka razy drożej. Popkowa pracuje w stosunkowo wysokim, jak na kirgiskie warunki, segmencie cenowym. W mieście jest dużo przedsiębiorstw, które szyją bluzki z chińskich tkanin nawet za 2 dolary.
Obecnie w szwalniczym przemyśle pracuje 430 przedsiębiorstw. Według nieoficjalnych danych, które przytacza w raporcie Federalna Agencja USA ds. międzynarodowego rozwoju (USAID, odpowiada za niewojskową pomoc USA dla innych państw), w Kirgistanie jest około 5000 szwalni, w których tylko w Biszkeku zatrudnionych jest ponad 300 000 ludzi – jedna trzecia mieszkańców miasta. Zawód szwaczki z płacą 200-500 dolarów miesięcznie w Kirgistanie to jedna z najwyżej opłacanych i pożądanych profesji. Przy tym szwaczki pracują do 18 godzin dziennie, włączając w to weekendy. Płaca jest na akord, stąd takie obciążenie. Larisa Papkowa pozwala także pracować w nocy: „Wczuwam się w sytuację, jeśli człowiek ma w dzień inne zajęcia, chociaż trzeba palić niepotrzebnie światło, żeby oświetlić pracownię/halę”.
Wróćmy do rewolucyjnych wydarzeń w Kirgistanie w kwietniu 2010 roku. Z powodu masowych zamieszek w Biszkeku i na południu kraju władze sąsiedniego Kazachstanu zamknęły granice. W ciągu dwóch miesięcy izolacji, według ocen zastępcy ministra ds. regulacji ekonomicznych Kirgistanu Adylbeka Kacymalijewa, kirgiski biznes poniósł straty na 360 mln dolarów. Są i bardziej pesymistyczne oceny. Prezydent Stowarzyszenia Rynków, Przedsiębiorstw Handlowych i Usługowych Kirgistanu Siergiej Ponomarew uważa, że straty wywołane zamkniętą granicą wynoszą 1 mld dolarów.
Po tym wydarzeniu obawiając się zamknięcia granic i wprowadzenia ceł na towary z państw-członków WTO, rząd Kirgistanu postanowił wstąpić do Unii celnej Rosji, Kazachstanu i Białorusi. Kazachstan po przystąpieniu do unii celnej Rosji i Białorusi wzmocnił zewnętrzne granice, po kazachskiej stronie granicznej rzeki Czu pojawiły się dwumetrowe zapory z kolczastymi drutami, wieżyczki strażnicze i pograniczne patrole.
Analizowaliśmy plusy i minusy, w końcu postanowiliśmy, że unia celna daje więcej korzyści – tańsze będą wwożone z Rosji surowce, przede wszystkim ropa i produkty naftowe, a milion Kirgizów pracujących w Rosji i Kazachstanie otrzyma więcej praw”, - gęsto tłumaczy Kasymalijew w wywiadzie dla Forbes.
Co będzie z handlem i przemysłem szwalniczym? Przystąpienie Kirgistanu do unii celnej przyniesie za sobą 10% cło na wwóz tkanin i części z Chin. To obniży konkurencyjność kirgiskich zakładów szwalniczych, zarówno tych rzeczywiście produkujących szwalnicze wyroby, jak i tych tylko przerabiających chińskie towary w kirgiskie.
Chcemy przystąpić do unii celnej, ale rzeczywiście boimy się wprowadzenia ceł”, - mówi właścicielka biznesu szwalniczego Popkowa. Kasymalijew uważa, że możliwości do zachowania i rozwoju kirgiskiego szwalniczego przemysłu zostaną zachowane i po przystąpieniu do unii celnej. „Kazachstan pozostawił bez zmian na trzy-cztery lata stawki dla czterystu importowanych towarów, - mówi urzędnik. – Też będziemy do tego dążyć, w pierwszej kolejności dla materiałów do przemysłu szwalniczego”.
O ile jest nadzieja na ocalenie przemysłu szwalniczego, to z handlem sytuacja jest dużo gorsza. W przypadku przystąpienia Kirgistanu do unii celnej Chiny wprowadzą cła na towary, które zakupują czełnocy. Biznes handlowy straci swoją atrakcyjność. „Dla handlu granica zamknie się w każdym przypadku: albo ze strony Kazachstanu, jeśli nie przystąpimy do unii celnej, albo ze strony Chin, jeśli przystąpimy” – mówi Kosymalijew.
A przecież właśnie handel bazarowy to główna siła napędowa kirgiskiej gospodarki. W raporcie Banku Światowego udział „Dordoja” w PKB Kirgistanu szacowany jest na „oszałamiające 33 proc.”. Pozycję lidera w gospodarce Kirgistanu zajmuje handel. Rynek „Dordoj” to jedno z podstawowych przedsięwzięć republiki, zaopatruje w towar cały Kazachstan i Syberię, - konstatuje rosyjski przedsiębiorca Michaił Nadel. On rozpoczął swój biznes w Kirgistanie w 1999 roku, kupiwszy lokalny AzijaUniversalBank. Bank przeżył „rewolucję tulipanów” w 2005 roku, ale w 2010 po kwietniowej rewolucji był znacjonalizowany z powodu związków z klanem prezydenta Bakijewa.
Wśród klientów AzijaUniversalBanku było wielu kupców. „Dordoj” to kolosalne możliwości kredytowania, średnio brali po 100 000 dolarów, niektórzy przedsiębiorcy pożyczali i po milion dolarów – wspomina Nadel. – To były wyjątkowe transakcje, całą ekonomikę dłużników trzeba było oceniać na podstawie ręcznych zapisów na karteczkach i w notesikach.
Dobrobytowi „Dordoja” zagraża jeszcze jedna okoliczność. 5 października 2009 roku, rok po oficjalnym zamknięciu bazaru Czerkizovskiego w Moskwie, jego były współwłaściciel Grupa „AST” Telmana Ismailowa uroczyście otworzyła 10 km od Ałma-Aty największy bazar Kazachstanu. Tysiące gości zabawiała radziecka gwiazda estrady Roza Rymbajewa, dziewczyny z moskiewskiej grupy „Fabrika” i lokalne znamienitości. Wśród widzów rozlosowywano telefony komórkowe, telewizory plazmowe, wycieczki do „najbardziej prestiżowego hotelu świata” „Mardan Palas”, należącego do Ismailowa. Przedstawiciele „AST” obiecali stworzyć dziesiątki tysięcy miejsc pracy, opowiadali o znajdujących się na rynku wygodnych parkingach, hotelu, aptece, punktach wymiany, restauracjach i terminalu celnym.
W tym projekcie Ismailow ma, jak mówią lokalni biznesmeni, wysoko postawionego partnera. Według kazachskiego przedsiębiorcy Jewgenija Obyskalowa, budującego rynek pod Ałma-Atę, jego współwłaścicielem jest jeden z najbardziej wpływowych i zamożnych ludzi Kazachstanu, towarzysz broni prezydenta Nursułtana Nazarbajewa - Aleksandr Maszkewicz (według szacunków Forbes jego majątek jest wart 3,7 mld dolarów). W odróżnieniu od Kirgistanu Kazachstan nie ma możliwości wwożenia towarów importowanych bez ceł: kraj dopiero przygotowuje się do wstąpienia do WTO w 2012 roku. Ale, sądząc po wszystkim, w Kazachstanie pełną parą toczy się walka o kontrolę nad zewnętrznymi, nielegalnymi źródłami handlu. Pod koniec kwietnia 2010 roku został aresztowany naczelnik punktu celnego na granicy z Chinami „Horgos” i zastępca naczelnika Komitetu Narodowego Bezpieczeństwa obwodu akmolińskiego, wydano nakazy aresztowania dla 14 innych osób, uczestniczących w kontrabandzie chińskich towarów do Kazachstanu. Później policja finansowa ujawniła, że w kontrabandzie brało udział ponad 100 osób. Na początku maja został zdymisjonowany przewodniczący Komitetu Kontroli Celnej.
Ismailow tworzy poważną konkurencję dla „Dordoja”. Wielu przedsiębiorców już przenosi się z Kirgistanu na bazar „AST” pod Ałma-Aty, mówi Ponomarew ze Stowarzyszenia Rynków, Przedsiębiorstw Handlowych i Usługowych Kirgistanu. Co myśli Sałymbekow o przyszłości swojego biznesu? „Ja bez bazaru już przeżyję, ale ludzi szkoda, - mówi założyciel „Dordoja”. Nie ma co się spieszyć do unii celnej, lepiej pomyśleć, dokąd iść, jak się integrować, żeby przemiany były dla ludzi i przedsiębiorców mniej bolesne”. Prognoza Sałymbekowa to: z dzisiejszych 100 ha „Dordoj” może się zmniejszyć do 5, od których wszystko się zaczęło. Sam prowadzi już rozmowy handlowe z właścicielami moskiewskich rynków „Sadowod” i „Ljublino” o wspólnym biznesie.
Dordoj” prawie bez strat przeżył obie kirgiskie rewolucje, ale czy przeżyje trzecią, jeśli zaczną ją sami kupcy. W operacje handlowe wciągnięta jest najbardziej przedsiębiorcza część społeczeństwa – kirgiska klasa średnia. W „Dordoju” zatrudnionych jest 55 000 ludzi, a w sumie, według ocen specjalistów, w handlu i sektorach z nim powiązanych pracuje do 800 000 ludzi – jedna czwarta mieszkańców Kirgistanu. Obecnie panuje tu przygnębienie, coraz można usłyszeć zdanie „Jak coś, to też wyjdziemy na ulice”. Najlepiej sytuowana i stabilna część społeczeństwa Biszkeku jest już gotowa przeistoczyć się w rewolucyjną masę.

środa, 14 września 2011

Jak to się zaczęło...

Dziś 12 września. Dzień niezwykle dla mnie szczególny, jest to bowiem Dzień Ruhnamy, „Księgi duszy” od której rozpoczęła się moja przygoda z Azją Centralną.
Rozpoczynając studia nie miałam absolutnie żadnej wiedzy na temat Azji Centralnej. Podobnie jak dla wielu Polaków na kontynencie zwanym Azją bez trudu mogłam zlokalizować jedynie Rosję, Chiny, Indie i były Związek Radziecki.
Ten stan rzeczy uległ gruntownej zmianie, gdy wylądowałam na wykładzie u dr Piotra Załęskiego, który w tempie karabinu maszynowego zaczął wyrzucać z siebie informacje o kraju, którego w żaden sposób nie potrafiłam umiejscowić na mapie, a którego przywódca (chyba nikt nie zdołał poprawnie zapisać w notatkach jego imienia i nazwiska) napisał książkę, z której wszyscy obywatele przy różnych okazjach musieli zdać egzamin, np. w trakcie zdobywania uprawnień kierowcy.
Uświadomiłam sobie wtedy, że jest taki zakątek na świecie, gdzie wszystko, czego uczą nas w szkole, co można wyczytać w uczonych książkach, można przekreślić i stworzyć na nowo, po swojemu. A co gorsza ludzie tam mieszkający wierzą, że dali początek wszystkim państwom na świecie, a ja… nawet nie wiedziałam o ich istnieniu.
Tak rozpoczął się długi i bardzo ciekawy proces poszukiwania informacji o Tukmenbaszy, tj. Saparmuracie Nijazowie, którzy przez 16 lat niepodzielnie władał Turkmenistanem i który 10 lat temu wydał pierwszą część książki, która została przetłumaczona na kilkanaście języków, w tym na polski.
12 września 2001 roku Nijazow zakończył prace nad świętą księgą. Było to dokładnie dzień po ataku na World Trade Center, który to według powszechnej opinii rozpoczął nową erę w historii świata. Dla Turkmenistanu ta nowa era rozpoczęła się dzień później - właśnie 12 września 2001 roku. Na część Ruhnamy jej imieniem został nazwany miesiąc – wrzesień i dzień tygodnia – sobota, a w stolicy Turkmenistanu stanął monumentalny pomnik tego dzieła. Książka stała się podstawą edukacji w szkołach. Natomiast jej tłumaczenie na języki obce stało się przepustką do intratnych kontraktów dla największych korporacji na całym świecie.
Teraz 10 lat od tego ważnego dnia sytuacja wygląda nieco inaczej. Nijazow zmarł w grudniu 2006 roku, powoli znikają ślady po Ruhnamie. Jednak jest coś co nie pozwala zapomnieć o tym dniu. Następca Nijazowa – Berdimuhamedow także wydał książkę (Rośliny lecznicze Turkmenistanu), którą wydać w swoich krajach chce już bardzo wielu biznesmenów.